Branża

Pociągiem Przyjaźni do własnej firmy

Piotr Voelkel z nagrodę w konkursie „Ten, który zmienia polski przemysł”, 2015 r.

Pociągiem Przyjaźni do własnej firmy

Rozmowa z Piotrem Voelkelem, przedsiębiorcą, promotorem polskiego designu, mecenasem wielu projektów kulturalnych i edukacyjnych, współwłaścicielem Grupy Kapitałowej Vox.

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r. Poniżej szósty rozdział tego wywiadu. Piąty rozdział można przeczytać tutaj: Rzemiosło zamiast „Parsifala”

W 1979 roku, czasie wypowiedzenia pojechał Pan z poznańskim teatrem do Moskwy. Rozumiem, że był to właśnie ten jedyny występ w KDL-ach, o którym Pan wcześniej mówił?

Tak. Pojechaliśmy Pociągiem Przyjaźni.

I tym pociągiem przywieźliście maszyny stolarskie do firmy? To jakaś abstrakcja.

To była wesoła przygoda.

Wie Pan, ja rozumiem, że przywoziło się ze Wschodu jakąś elektronikę, telewizory, ale maszynę? A gabaryty? A ciężar?

To były spore skrzynie.

Rozumiem. Weszliście Panowie ze skrzyniami do pociągu – a co – postawiliście gdzieś w korytarzu i jak gdyby nigdy nic udaliście się do swoich przedziałów.

To nie było takie proste. Wszystko zaczęło się od tego, że dostałem duże honorarium jako szef oświetlenia. Graliśmy na Kremlu.

Na Kremlu?!

Tak. Gigantyczna scena. Kilka tysięcy ludzi na widowni.

Towarzysz Leonid Iljicz też to oglądał?

Towarzysz Leonid Iljicz chyba nie przyszedł, ale był cały Komitet Centralny.

Nawierno spiektakl akoncziłsia pri burnych apładismientach?

Z Polski przyjechało kilkuset artystów, bo to były Dni Kultury Polskiej. Występował Krystian Zimerman, Halina Czerny-Stefańska, zespół Mazowsze albo Śląsk – już nie pamiętam, Gawęda, Gustaw Holoubek, Mikulski. Byli czterej pancerni i pies. Cały koncert trwał trzy godziny. Ludzie wyszli po dwóch. Do końca zostało tylko KC i oficjalni goście. Później bankiet na tysiąc osób. Ja byłem szefem oświetlenia i dostałem walizkę rubli.

Rubli?

Tak, rubli. No, to była – nie wiem – dwuletnia pensja.

Tak po prostu wypłacono Panu gotówkę?

Tak. Wypłacili mi cash. Nie wiedziałem, co z tym zrobić. Uradziliśmy z Prałatem, że kupimy maszyny. Pojechaliśmy taksówką na drugi koniec Moskwy i tam w wielkim, specjalistycznym sklepie kupiliśmy kilka maszyn do obróbki drewna. Zapakowaliśmy wszystko do Wołgi. Skrzynie wystawały z bagażnika. Kupiliśmy też specjalnie wózek dwukołowy, żeby je wozić, bo nie dało się ich udźwignąć.

A jak poradziliście sobie z wniesieniem tego do pociągu?

Mieszkaliśmy w hotelu Moskwa. Zostawiliśmy je w hotelowym holu razem z walizkami. Nie wierzyliśmy, że dojadą na peron, ale stały pod naszym wagonem. Niestety nie mieściły się w drzwiach wagonu. Wyglądało, że ich nie zabierzemy do Polski, ale uczynna szefowa wagonu pokazała duży luk na węgiel i tamtędy włożyliśmy nasze skrzynie. Dojechały do Warszawy, nie budząc niczyjego zainteresowania, mimo że pociąg był niezwykle precyzyjnie kontrolowany przez kolejne grupy wyspecjalizowanych celników.

Ile właściwie te maszyny ważyły?

Nie wiem, ze dwieście kilo. Nie do podniesienia. Trzeba było skrzynię lekko pochylić i położyć na wózek.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Piotrem Voelkelem w rozdziale: Masajowie na Garbarach