fbpx
Branża

Wiedeń w Lubawie

Jan Szynaka (pierwszy z prawej) podczas finału II edycji konkursu „Biznesmen Roku”, 1995 r.

Wiedeń w Lubawie

Rozmowa z Janem Szynaka, właścicielem Grupy Meblowej Szynaka, której początki sięgają 1957 r., kiedy to powstał mały zakład rzemieślniczy prowadzony przez ojca – także Jana.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanym przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r. Poniżej szósty rozdział tego wywiadu. Piąty rozdział można przeczytać tutaj: Pięć swetrów brak – pięć dni aresztu.

Dużo Pan opowiada o rzemiośle, ale przecież nadszedł taki moment, gdy dla Pana ta działalność rzemieślnicza się skończyła i zaczęła produkcja, mniej lub bardziej seryjna.

No właśnie. Mamy 1989 rok – udało się wybudować kilka metrów hali…

Trochę Pan chyba jednak z tą skromnością przesadził. To nie było kilka metrów. To było kilkaset metrów kwadratowych.

Nie od razu, bo inwestycja była dwuetapowa. Najpierw było dwieście metrów. Zakład się rozwijał, więc chcieliśmy produkować więcej. A to, co sprzedawaliśmy do sklepów, to już była produkcja, a nie usługa na zamówienie. Pamiętam, że były to jakieś małe meble do przedpokoju i jakieś stoliki. Mówiłem w sklepach: „Słuchajcie, zamówcie to jako usługę, zobaczycie, czy to się spodoba, czy wyjdzie, czy się utrzyma, czy się będzie sprzedawać”.

A sklepy rzeczywiście były zainteresowane Pańską ofertą?

Tu się akurat dobrze złożyło. Jak zaczynała się prywatyzacja, to stare sklepy upadały, a na ich miejsca pojawiały się nowe firmy. W związku z tym rozpoczęły się remonty. Oferowaliśmy kompleksowe prace – okna, drzwi, całe wyposażenia. W Lubawie było dużo prywatnych budynków i kiedy zlikwidowano spółdzielnie handlowe, to ludzie zaczynali wydzierżawiać je komuś innemu. Wtedy powstało mnóstwo sklepów. Pamiętam, jak „Gazeta Olsztyńska” napisała, że cała Polska wygląda jak Istambuł, bo handluje się na ulicach, tylko Lubawa przypomina Wiedeń, bo tu handel odbywa się w sklepach.

Wiedeń w Lubawie? No, no, niczego sobie komplement.

Wprawdzie nie napisali, kto zrobił z Lubawy ten Wiedeń, ale już wtedy dostrzegli, że coś się dzieje. Dla mnie Lubawa była wzornikiem moich pomysłów, ponieważ każdy sklep musiał być trochę inny.

Czyli – jak dobrze zrozumiałem – meble, wzory, które wstawiał Pan do sklepów, później wchodziły do seryjnej produkcji?

Tak. Większość z tych mebli zacząłem później produkować seryjnie. Często stawiałem je na targach jako propozycje. W 1990 roku pojechałem ze spółdzielnią olsztyńską na pierwsze targi w Poznaniu. Towarzyszyło mi dwóch pracowników z produkcji. Ustawiliśmy nasze sklepowe meble na ekspozycji. Dla mnie to było bardzo cenne doświadczenie. Prowadziłem wiele rozmów z potencjalnymi klientami. Starałem się składać dużo propozycji, a przede wszystkim dowiedziałem się wiele przydatnych informacji, np. z kim handlować lub gdzie się wystawiać.

Budowa hali Szynaka Meble w Lubawie, 1994 r.
Budowa hali Szynaka Meble w Lubawie, 1994 r.

A kolejne imprezy targowe, w których Pan uczestniczył, były równie udane?

Rok później wystawiliśmy się w Warszawie, na Hali Sportowej Warszawianka, pokazując nasze meble sklepowe. To miało być połączenie kiermaszu z targami. W związku z tym postanowiłem zagrać va banque. Nastawiłem się na dużą sprzedaż, a na miejscu okazało się, że zabrakło miejsca, by ustawić to, co przywiozłem.

Tak po prostu rozstawił Pan swoje meble w hali? Nikt nie protestował?

Organizatorzy targów pozwolili mi powiększyć moje stoisko. Codziennie przyjeżdżała z Lubawy nowa dostawa mebli, które sprzedawałem. Cała hala zastawiona była moimi produktami. Robiło to tak duże wrażenie na ludziach, że zaczęli mówić między sobą, iż jestem naprawdę potężnym producentem mebli do sklepów.

Ale te meble kupowali od Pana detaliści – przychodzili i brali do swoich sklepów, jako ich wyposażenie. A większych interesów tam nie było?

Na targach podeszły do mnie osoby z zarządu firmy Inter Commerce. Chcieli, aby wyposażyć, a później zabezpieczyć w sprzedaż wszystkie ich sklepy – wtedy było osiem czy dziewięć punktów w całej Polsce. W perspektywie była również Rosja, z którą mieli współpracować. Ja, oczywiście pewny siebie, odpowiedziałem, że tak, porozmawiamy. To było zabawne, bo oni wszyscy mówili do mnie: „panie dyrektorze” albo „panie prezesie”, a ja przecież zaczynałem jako rzemieślnik i to rzemiosło – jak Panu wiele razy podkreślałem – było mi zawsze bardzo bliskie.

A jak mieli się do Pana zwracać? Miał Pan firmę, Pańska własność, zatrudniał Pan ileś tam osób, więc mówili: „panie dyrektorze”, „panie prezesie”…

Zaraz, najciekawsze będzie za chwilę. Jeszcze przed wyjazdem na targi należało wyrobić sobie pieczątkę, wizytówki i wpisać funkcję. A kto miał mnie awansować? No to napisałem: „kierownik”. Jakim oburzeniem zareagowało Rzemiosło w Lubawie. Zarzucono mi, że awansowałem siebie na wyższe stanowisko, więc im odpowiedziałem: „Słuchajcie – to nie tak, że ja się wywyższam. Wśród rzemieślników stanowisko nie ma znaczenia, ale nie mogę pojechać na targi jako rzemieślnik”. Co prawda pracownicy zawsze mówili do mnie: „szefie”.

Budowa hal firmy Szynaka w Lubawie, 1994 r.
Budowa hal firmy Szynaka w Lubawie, 1994 r.

Wie Pan, pracownicy mogli mówić do Pana „szefie”, to naturalne, ale przecież klienci czy kontrahenci – już nie.

No właśnie, wystawialiśmy się przecież na dużych targach w Warszawie. Musiałem nawiązywać kontakty biznesowe, a co za tym idzie – przystawiać pieczątki i wręczać wizytówki.

A jak ostatecznie zakończyły się negocjacje z firmą Inter Commerce? Coś rzeczywiście wyszło z tych rozmów?

Z Inter Commerce wszedłem na rynek polski, a także na rynek rosyjski.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Janem Szynaka w rozdziale: Ratunek z urzędu pracy.