Branża

TIR-y mebli z NRD

Gala Red Dot 2017 w Essen: Janusz Mikołajczyk i projektant Tomasz Augustyniak.

TIR-y mebli z NRD

Rozmowa z Januszem Mikołajczykiem, założycielem i właścicielem firmy Mikomax.

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej szósty rozdział tego wywiadu. Piąty rozdział można przeczytać tutaj: Śmiech na sali

Proszę mi wybaczyć, ale to brzmi trochę jak z bajki. Oto dwóch facetów wrzuciło do samochodu jakąś szafkę i pojechało szukać jej producenta. Wiedzieli tylko tyle, ze ten producent działa gdzieś w NRD, kraju liczącym – o ile pamiętam – sto osiem tysięcy kilometrów kwadratowych i chyba koło szesnastu milionów mieszkańców. Równie dobrze można byłoby szukać igły w stogu siana. I pewnie pojechaliście Panowie z walizką gotówki?

No tak, z walizką pełną pieniędzy. Natomiast z tym stogiem siana to niezupełnie było tak, jak Pan mówi, bo ile zakładów meblarskich mogło być w tym NRD? Z dziesięć maksymalnie. No może kilkanaście. W każdym razie rzeczywiście tak zrobiliśmy, przyjechaliśmy do pierwszego miasta – to był Frankfurt nad Odrą i pytamy, czy tu jest może jakaś fabryka mebli jest. Tak, tak, tam jest taka fabryka. To ja z tą szafką i z tym moim kolegą jedziemy, zachodzimy do fabryki i mówimy, że kupiliśmy kiedyś takie szafki, teraz chcemy dokupić, ale nie wiemy, gdzie one są produkowane, wiemy tylko, że gdzieś na terenie NRD. Ten facet, z którym rozmawiamy spojrzał na tę szafkę: Nie, nie, to nie tutaj, ale niech pan jedzie do Berlina, bo tam jest taki instytut, który wie, co, kto i gdzie produkował.

No tak, jeden z uroków gospodarki centralnie sterowanej…

Jedziemy do tego instytutu, oczywiście taka sama rozmowa, ale oni spojrzeli na tę naszą szafkę i mówią: Nie, nie, za bardzo nie kojarzymy tej szafki. Bo to, wie Pan, była taka śmieszna sytuacja: mamy szafkę, ale na niej nie ma żadnej metki, żadnej nazwy firmy, bo to było robione na eksport. Ale wychodzimy i jakaś kobieta mówi: Wie pan co, niech pan się zatrzyma, bo jest taka firma niedaleko Berlina, w Trebbinie. Może tam? Pojechaliśmy do tego Trebbina, no i oczywiście taka sama rozmowa i oni mówią: Tak, tak, to my tutaj robimy te szafki.

Słowem – pełen sukces i to praktycznie od razu. Można było zamawiać.

Jak myśmy się do tego dorwali, to oczywiście te szafki kupiliśmy. Później ten kolega się wycofał, bo trzeba było wyłożyć pieniądze, trzeba było za to wszystko zapłacić, oczywiście relatywnie niedużo, ale jednak. To się zaczyna już trochę łączyć z meblami biurowymi, ponieważ ta firma w Trebbinie produkowała między innymi meble biurowe na rynek tak zwanych demoludów.

Czy ten wyjazd do NRD miał miejsce jeszcze przez upadkiem muru?

Nie, po.

Ale jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec?

Nie, nie, już było po zjednoczeniu, już można było jeździć po całych Niemczech. Te firmy w byłym NRD w dalszym ciągu jakoś funkcjonowały. Fabryka w Trebbinie została w międzyczasie kupiona przez firmę z Zachodnich Niemiec i oni wysprzedawali po prostu stany magazynowe. Dlatego też wypychali to, aby tylko TIR-a podstawić. Jeden TIR kosztował – już nie pamiętam dokładnie – dajmy na to trzy tysiące marek, płaciło się i można było wywozić. Wszystko jak leci oczywiście.

Dobrze szedł Panu ten interes?

Powiem szczerze, że ja przywiozłem tych TIR-ów do Polski ileś tam i między innymi dzięki tej mojej firmie, która się zajmowała dystrybucją potem to wszystko posprzedawaliśmy. Później pomyślałem, że można byłoby pojeździć po tym NRD i poszukać innych fabryk. A nuż mają jeszcze jakieś inne meble w dobrych cenach.

Udało się Panu coś ciekawego znaleźć?

No niestety, już nie było tak dobrych okazji, ale trochę rzeczy tam kupiliśmy i sprzedaliśmy w Polsce. Jak już z tego Trebbina wykupiłem wszystko, co tylko dało się wykupić, to… Zna Pan może Annę Vonhausen i takie marki, jak Vank czy Sitag?

Tak, oczywiście.

To jest właśnie synowa pewnego menedżera, którego wtedy poznałem i który wówczas był zatrudniony do przebudowy tej firmy z Trebbina. Fajny facet, ma w tej chwili chyba osiemdziesiąt trzy lata, czasami się spotykamy, jeszcze całkiem dobrze funkcjonuje.

Na czym miała polegać ta wspomniana przez Pana przebudowa fabryki w Trebbinie?

Oni tam właściwie wszystko wyrzucili i wstawili nowe maszyny. No i ten Vonhausen, ten menedżer, mówi do mnie tak: Słuchaj, ty jesteś taki sprytny facet, to może byś sprzedawał nasze meble w Polsce. Ja na to: Dlaczego nie. To był początek lat dziewięćdziesiątych, powstawały wtedy jakieś banki, powstawały różne firmy, mebli biurowych jako takich w Polsce nie było. Ta moja hurtowania działała swoją drogą, natomiast ja natychmiast założyłem nową firmę i rzeczywiście między innymi przez pół roku sprzedawałem te jego meble.

To były meble biurowe?

Tak. Gdzie – proszę sobie wyobrazić – biurko kosztowało sześćset marek, bo wtedy jeszcze w Niemczech były marki, nie było euro. Szafa – osiemset marek.

Drogie.

No strasznie to było drogie, a myśmy sprzedawali te meble bez żadnych rabatów.

Tak dobrze szły?

Przez jakiś czas. Nie było za bardzo alternatywy, wtedy w Polsce, może poza fabryką w Jarocinie nie było właściwie mebli biurowych. No, ale jak mówiłem, meble były bardzo drogie, więc pomyślałem, że może byśmy zaczęli w Polsce produkować. Ale ten Vonhausen mówi, że nie, bo już zainwestowali w fabrykę w Trebbinie, że chcą z tej fabryki sprzedawać do Polski, do Rosji. A nam w hurtowni zostały wtedy tysiące zamków, tysiące prowadnic, jakieś stelaże. Co z tym zrobić? I tak powstał pomysł z meblami biurowymi i z produkcją.

Miał Pan wystarczająco dużo pieniędzy, by postawić fabrykę? Wprawdzie w „Ziemi obiecanej” Reymonta, której akcja rozgrywa się także w Łodzi, główny bohater konstatuje: Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę, ale gdy Pan zaczynał produkcję, to chyba już tak się dało?

Zdecydowanie nie. Myśmy dostali wtedy z Polsko-Amerykańskiego Funduszu Inwestycyjnego pierwszą pożyczkę na rozwój firmy i za te pieniądze kupiliśmy jakieś maszyny. I tak to się zaczęło. Najpierw wykorzystaliśmy te wszystkie elementy, które zalegały nam w magazynach hurtowni. Część wyrzuciliśmy, pamiętam, że wyrzuciłem pięćdziesiąt tysięcy zamków do kontenerów – tyle tego zostało.

Dlaczego Pan je wyrzucił? Nie można było ich wykorzystać?

Nie nadawały się. To były jakieś stare zamki.

A co to były za maszyny, które Pan wtedy kupił?

Pierwsze maszyny kupowałem głównie z Włoch. To były maszyny Biesse, to był SCM. Powiem Panu jeszcze – by zakończyć wątek NRD – taką ciekawostkę. Otóż później, w roku chyba 1996, przyjechała do mnie ta firma z Niemiec, która kupiła zakład w Trebbinie, między innymi przyjechał wtedy Vonhausen, i oni mówią tak: Panie Mikołajczyk, my byśmy chcieli kupić pana firmę.

I co: podjął Pan temat, czy od razu odmówił Pan?

Nie odmówiłem. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, jakaś wstępna cena była już ustalona i oni nawet się zgodzili na układ pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Ale jak wróciłem do domu, porozmawiałem z żona, to ona stwierdziła: Nie, jak będzie pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, to nie będziesz miał nic do gadania, to bez sensu. Jak chcą kupić, to niech kupią sto procent. To ja im mówię: Kupcie sto procent. Ale stu procent nie chcieli. I tak ostatecznie nie dogadaliśmy się.

Czy żona pracowała wtedy razem z Panem w firmie?

Tak, prowadziliśmy firmę wspólnie. Ona cały czas zajmowała się sprawami marketingu.

A w wyuczonym zawodzie – nauczycielki języka rosyjskiego – nie pracowała?

Przez jakiś czas rzeczywiście pracowała w szkole, ale jak już ten biznes zaczął się rozrastać, to odeszła ze szkoły. Nawet w hurtowni jeszcze przez jakiś czas pracowała. Żona wycofała się z firmy dwa-trzy lata temu, a wcześniej zawsze była w zarządzie jako wiceprezes i ma swój wkład w rozwój firmy, może mniej spektakularny, bo zawsze była trochę – jak to się mówi – w cieniu męża, ale swoje rzeczy robiła. Widzi Pan, myśmy w latach dziewięćdziesiątych kupowali nieruchomości, bo kupiliśmy nieruchomość, gdzie działa hurtownia, kupiliśmy nieruchomość na ulicy Dostawczej, gdzie obecnie znajduje się fabryka – wtedy było sześć-siedem tysięcy metrów, dzisiaj mamy około czternastu tysięcy metrów po dachem. Później to się toczyło raz lepiej, raz gorzej.

Najgorzej było chyba w roku 2008?

W 2008 roku rzeczywiście tąpnęło, nie tylko nam, ale wszystkim w naszej branży, bo spadek obrotów w wielu firmach wyniósł nawet i czterdzieści procent. I to były rzeczywiście ciężkie czasy, gdy trochę trzeba było się ratować. A później pomału, pomału odbudowywanie tego, co się utraciło. W międzyczasie w firmie pojawił się syn – skończył stosunki międzynarodowe, studia jak studia, ale przynajmniej dwa języki obce ma biegle opanowane. W firmie pracuje już około piętnastu lat, przeszedł wszystkie szczeble – od produkcji, przez zarządzanie jakością, po nadzór nad produkcją. Sześć lat temu doszła córka Zuzanna, ona z kolei skończyła SGH, poza tym uczelnie w Anglii, we Włoszech, popracowała trochę w korporacji, ale po trzech latach stwierdziła, że to nie dla niej, przyszła tutaj i po trochu zaczęła tak właściwie zastępować żonę – najpierw w marketingu, a w ostatnim czasie przejęła także nadzór nad handlem.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Januszem Mikołajczykiem w rozdziale: Zaczyna brakować powietrza na marże