Branża

Śmiech na sali

Janusz Mikołajczyk z żoną Anną oraz dziećmi Zuzanną i Maciejem.

Śmiech na sali

Rozmowa z Januszem Mikołajczykiem, założycielem i właścicielem firmy Mikomax.

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej piąty rozdział tego wywiadu. Czwarty rozdział można przeczytać tutaj: Od PZU do rzemiosła

Powiedział Pan, że rozstał się ze wspólnikiem. A jak długo działaliście Panowie razem?

Jakieś trzy lata chyba. Może nawet niecałe trzy lata. Gdy się rozstaliśmy, to założyłem własną firmę, przeprowadziłem się do Rzgowa pod Łodzią i zacząłem własną działalność.

Ale przeprowadził się Pan z firmą czy z mieszkaniem?

Nie, nie, nie z mieszkaniem, przeprowadziłem się z firmą. Wynająłem kawałek miejsca, kupiłem jakieś maszyny, bo żeśmy z tym wspólnikiem podzielili się majątkiem firmy i zacząłem tam produkcję mebli kuchennych.

To musiała być – o ile dobrze liczę i nic mi nie umknęło – chyba połowa lat osiemdziesiątych?

Tak, przełom roku 1984 i 1985.

Proszę mi wybaczyć, ale nie wierzę, że Pan – prywaciarz – kupił wtedy ot tak, po prostu maszyny.

Kupiłem. To oczywiście były jakieś używane maszyny. No wie Pan, umówmy się, że to były też zupełnie inne maszyny niż dzisiaj: jakaś tam strugarka, jakaś piła. Takie proste maszyny stolarskie. Funkcjonowały przecież polskie fabryki, które produkowały te proste maszyny.

I to od nich Pan kupił?

Tak dokładnie to już tego nie pamiętam, ale chyba coś kupiłem. Już też nie pamiętam, czy aby część tych maszyn nie była czasem robiona przeze mnie i moich pracowników. W każdym razie jakoś to wszystko działało. I znowu ta moja firma nie była za duża, bo ja zatrudniałem raptem może koło ośmiu osób. Wtedy zresztą nie można było zatrudniać za wielu pracowników, chyba że się otworzyło firmę polonijną.

Biorąc pod uwagę, że miał Pan rodzinę w Zachodnich Niemczech, teoretycznie mógł Pan taką firmę otworzyć. Rozumiem, że Pan jednak nie skorzystał z tej możliwości. Proszę powiedzieć, czy dużo kuchni Pan robił? Powiedzmy: miesięcznie.

Niedużo, wie Pan – kilka sztuk, bo to był taki biznes: trzeba było pojechać do klienta, pomierzyć. Ja powiem szczerze, że źle wspominam tę moją ówczesną działalność, do dzisiaj mam uraz do usług.

Dlaczego? Pieniądze były za słabe?

Nie o to chodziło. Miałem takie klientki, które wkładały koperty między szafki i jak jej koperta wypadała, to mówiły, że niestety tutaj jest krzywo. I powiem szczerze, że stało się nieszczęście – spalił mi się zakład. Pracownik zaprószył ogień – spalił się. To był styczeń 1987 roku – dokładnie pamiętam. Trzynastego.

Może jeszcze w piątek?

Nie, w niedzielę. I jak się spaliło, to przez dwa miesiące nie mogliśmy nic robić, dlatego, że wszystko było skute lodem, w tamtym roku była wyjątkowo sroga zima.

A zakład był ubezpieczony?

Na szczęście miałem ubezpieczenie, nie było może za duże, ale jednak byłem ubezpieczony. Za te pieniądze musiałem wszystko odbudować, ponieważ budynek nie był mój, wyremontowałem jakoś te maszyny. W międzyczasie prowadziłem produkcję u kolegi, który mi udostępnił swój zakład, na trzecią zmianę.

I ciągle produkował Pan kuchnie?

Wtedy wymyśliłem taką rzecz, która się fantastycznie sprzedawała – sufity podwieszane. To były takie jakby kasetony w okleinie, wycinane. Wie Pan, jak dzisiaj na to patrzę, to śmiech na sali, ale naprawdę sprzedawały się wyjątkowo dobrze.

Sytuacja gospodarcza kraju nie uległa poprawie, wręcz przeciwnie, nic więc dziwnego, że wszystko się sprzedawało.

Tak, później wszedłem w boazerie i na tych sufitach oraz boazeriach zacząłem już zarabiać jakieś pieniądze. A później przeniosłem się ze Rzgowa do Łodzi.

Kiedy to było?

To był rok 1989, już po wyborach czerwcowych. I wtedy wyszliśmy właściwie z produkcji, a weszliśmy bardziej w handel. Ta hurtownia, która zresztą do dzisiaj działa, zaczęła się właśnie wtedy.

Czyli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Pański biznes wyglądał tak: coraz więcej handlu, trochę produkcji i jeszcze jakieś drobne usługi?

Mniej więcej tak to wyglądało. No i znowu przypadek, który miał ogromny wpływ na dalszą moją działalność – przyszedł do mnie kolega i mówi: Wiesz co? Mam taką szafkę, kosztuje tyle a tyle. Podał jaką śmieszną cenę, poniżej kosztów samego materiału. Ja mówię: Pokaż. Pokazał, ładna szafka, dobrze wykończona. Skąd ty to masz? – zapytałem. A on, że jakiś Niemiec od niego przyjechał i ma dużo takich szafek do sprzedania. Ale z których Niemiec? – ja na to. Z NRD. No to ja nie zastanawiając się długo mówię tak: Słuchaj, to bierzemy tę szafkę, wsiadamy w samochód i jedziemy do NRD szukać tego, kto to produkuje, a jak znajdziemy, to kupujemy wszystko. To było takie myślenie.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Januszem Mikołajczykiem w rozdziale: TIR-y mebli z NRD