Branża

Między Ostrowcem a Skarżyskiem

20-lecie Profim, wizyta prof. Leszka Balcerowicza, Ryszard Rychlik - w środku, 2011 r.

Między Ostrowcem a Skarżyskiem

Rozmowa z Ryszardem Rychlikiem, współzałożycielem i wieloletnim prezesem Zarządu firmy Profim.

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej czwarty rozdział tego wywiadu. Trzeci rozdział można przeczytać tutaj: Sowieckie zegarki chodzą najszybciej

Praktyka po czwartym roku była ostatnią podczas studiów. Później jeszcze tylko piąty rok, obrona i – jak rozumiem – pojechał Pan do Predom-Mesko w Skarżysku-Kamiennej…

Predom-Mesko to był wówczas wielki zakład, kilkanaście tysięcy ludzi, produkujący w dużej mierze część zbrojeniową, ale także sokowirówki, jakieś drobne AGD.

Dlaczego poszedł Pan do Mesko?

Oni bardzo ładnie opisali, że planują budowę wielkiego ośrodka obliczeniowego opartego o najnowocześniejsze maszyny cyfrowe – Riady. I w momencie, gdy skończyliśmy studia bylibyśmy potrzebni jako kadra do budowy tego ośrodka. Dostałem z Predom-Mesko stypendium fundowane, ale z tytułu wyróżnienia, które otrzymałem od razu, niejako z urzędu, stałem się studentem pod opieką Ministerstwa Przemysłu.

Opieką?

Minister Przemysłu miał pieczę nad nami, żeby nam się – że tak powiem – krzywda nie stała i kontrolował nasz rozwój. Ta kontrola była w moim przypadku kulą u nogi, bo jak pojechaliśmy do tego Predom-Mesko…

Już po skończeniu studiów?

Tak. Na miejscu okazało się, że to tragedia. Że ten ośrodek obliczeniowy wcale nie powstaje, że owszem – jest projekt – ale nie rozpoczęli budowy i nie ma nawet fundamentów. Ale mówią, że lada moment rozpoczną. My tymczasem jesteśmy uwiązani przez te stypendia. Owszem, był tam jakiś ośrodek obliczeniowy, bazujący na starych maszynach – kompletna ruina, tam w ogóle nie mogliśmy nic robić jako absolwenci. Kierownik wysłał nas z powrotem do Wrocławia na szkolenie riadowskie, czyli o tych maszynach, które miały być zainstalowane. I jak wróciliśmy po szkoleniu, to nie mieliśmy o czym rozmawiać.

Dlaczego?

Wie Pan, o co zapytał nas kierownik?

O co?

Jak tam było z wyżywieniem? O meritum nie mógł spytać, bo się w ogóle na tym nie znał. No i skierowali nas do Działu Głównego Automatyka – to się chyba jakoś tak nazywało – i tam naprawialiśmy maszyny: obrabiarki sterowane numerycznie. Tak wytrzymałem parę miesięcy i zacząłem się buntować, zacząłem rozglądać się za inną pracą, szukać, jeździć, bo widziałem, że ośrodek wcale się nie buduje. Oni w tym Predom-Mesko to najchętniej by nas posadzili gdzieś na zapleczu i kazali w karty grać, brać pieniądze i czekać. Dosłownie tak jak mówię.

Pamięta Pan pewnie to powiedzenie z lat siedemdziesiątych: Czy się stoi, czy się leży – dwa tysiące się należy.

Dokładnie tak. No, ale ja się zacząłem buntować i któregoś dnia dowiedziałem się, że niedaleko, w Ostrowcu Świętokrzyskim powstawała wtedy druga po Hucie Katowice sztandarowa inwestycja – Walcownia Ostrowiec.

Proszę jeszcze tylko powiedzieć, który to był rok?

To był rok 1978. W 1977 roku poszedłem do Predom-Mesko, a w 1978 roku, na wiosnę chciałem stamtąd uciec. Pojechałem do Ostrowca, miałem zresztą bardzo blisko. Tam – pamiętam – przyjął mnie kierownik wydziału tej walcowni. Zobaczył dokumenty i mówi: Co pan k… robi w tym Skarżysku? Trzeba było od razu przyjść do mnie! Proszę sobie wyobrazić, że zaczął na mnie wrzeszczeć. Ja mu na to: Nie przyszedłem do pana po to, by mnie pan obrażał. Uspokoił się i mówi: No zgoda. Proszę pana, gdyby przyszedł Pan do mnie, to już byłby pan po przeszkoleniu w Japonii. Teraz wyślemy pana do Francji, my potrzebujemy takich ludzi jak pan, a pan się gdzieś tam buja po jakichś Skarżyskach.

Pierwsza umowa o pracę, 1977 r.
Pierwsza umowa o pracę, 1977 r.

Przyznam, że to dość oryginalny sposób pozyskiwania pracownika…

Dobra, ale ja jestem żonaty, tam mam wszystko obiecane – ja mu mówię. Proszę pana, mieszkanie załatwiamy, mam pulę mieszkań, nie ma problemu – on na to. Wtedy było tak, że ponieważ najstarszy syn urodził się w 1977 roku, żona została w Koninie.

W Koninie? Nie w Turku?

W Koninie, bo moja żona jest koninianką. I ona z dzieckiem w Koninie, a ja w Skarżysku zacząłem pracę, co dwa tygodnie w weekendy tylko przyjeżdżałem do domu. No to mnie ucieszyło, że on mi obiecał mieszkanie, tylko wisiała nade mną zgoda Ministra Przemysłu. Wróciłem do Skarżyska i poszedłem do dyrektora personalnego i ten dyrektor mi na to, abym się nie martwił, że oni wszystko załatwią.

I załatwili?

A gdzież tam. Mija tydzień – nic, dwa tygodnie – nic, trzy tygodnie – nic nie załatwił. Obiecuje, zwodzi mnie. Znowu idę do tego dyrektora, a on, że już, już będzie miał zgodę ministerstwa. Tak minęły dwa miesiące, w końcu się wkurzyłem, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Warszawy sam.

Do Ministerstwa Przemysłu?

Tak. I w ciągu jednego dnia – nie wiem jak, nie wiem co zrobiłem – tę zgodę dostałem. Wróciłem do Skarżyska ze zgodą na przeniesienie. Spakowałem manele i jadę ze zgodą do Ostrowca. Przyjechałem do Ostrowca, a tam mi mówią: Bardzo przepraszamy, ale tego pana już nie ma.

Jak to: już nie ma?

Okazało się, że on uciekł na Zachód. Ale zobowiązanie jest, dobra, przyjmiemy pana do pracy. Tylko to mieszkanie, które miał pan dostać… Rozumie pan – przyjechało stu Japończyków na rozruch, wszystko zajęte i nie dostanie pan mieszkania.

To nie ma co, ładnie Pana wystawiono do wiatru.

Tam się zwolniłem, tu się nie przyjąłem, załamany kompletnie. To był chyba czwartek, wsiadłem w pociąg, przyjechałem do domu, do żony – w piątek. W niedzielę pojechałem do rodziców. Rodzicom się też pochwaliłem, że mam katastrofę. A ojciec mówi: Wiesz co? Słyszałem, że w Mirandzie dostali jakiś komputer i szukają ludzi takich jak ty. Ty lepiej nigdzie nie jedź, tylko zostań i w poniedziałek idź się dowiedz. I ja rzeczywiście zostałem.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Ryszardem Rychlikiem w rozdziale: Kiedy będzie kiełbasa?