Branża

Kiedy będzie kiełbasa?

25-lecie Profim, od lewej współwłaściciele firmy: Ryszard Rychlik, Ryszard Kaczmarek, Andrzej Opłatek, Bogdan Kaczmarek, 2016 r.

Kiedy będzie kiełbasa?

Rozmowa z Ryszardem Rychlikiem, współzałożycielem i wieloletnim prezesem Zarządu firmy Profim.

Reklama
Banner All4Wood 2024 - 750x100

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej piąty rozdział tego wywiadu. Czwarty rozdział można przeczytać tutaj: Między Ostrowcem a Skarżyskiem

Pan i Miranda? Przemysł włókienniczy i elektroniczny – jak Pana specjalizacja – to chyba jednak dość odległe obszary, nawet mimo tego jednego komputera.

Miranda to był wielki, bardzo nowoczesny zakład, wówczas trzy i pół tysiąca zatrudnionych, jeden z takich gierkowskich zakładów, pobudowany w latach siedemdziesiątych za pożyczone pieniądze, z zachodnim parkiem maszynowym – byłe Turkowskie Zakłady Przemysłu Jedwabniczego, które powstały jeszcze w latach pięćdziesiątych. Poszedłem w poniedziałek do dyrektora Mirandy, a on na dzień dobry: Super, pan mi tu z nieba spadł, dostaliśmy komputer, potrzebujemy fachowców, trzeba zbudować ośrodek.

Znowu ruina, jak w Predom-Mesko?

Oczywiście. To był stary komputer, jeszcze na tranzystorach. No, ale jest komputer. Spytałem go o mieszkanie, a muszę Panu powiedzieć, że zgodnie z ówczesnymi przepisami, z takim dyplomem jak mój, w ciągu roku od skończenia studiów powinienem był dostać mieszkanie.

Teoretycznie tak, ale z tego co wiem, to praktyka z reguły była inna.

Oczywiście, taki był przepis, tylko nikt go nie respektował. No, ale powiedzieli mi, że dołożą starań i to mieszkanie spróbują mi w spółdzielni mieszkaniowej załatwić. Widzi Pan, ja nigdy nie myślałem o powrocie do Turku. Już nie pojechałem do Ostrowca lecz z powrotem do Skarżyska, powiedziałem im: Zmieniamy dokumenty, zwolnijcie mnie nie do Ostrowca, tylko do Mirandy, mam od nich papier, że oni spłacą moje stypendium. Odkręcili jakoś te dokumenty.

W ten sposób mógł Pan już spokojnie wracać do Turku…

Wróciłem do Turku i niedługo później w Turku zamieszkałem, razem z żoną i synem w wynajętym pokoju na poddaszu. Pracowałem w Mirandzie, gdzie tworzyliśmy wtedy ośrodek obliczeniowy, jedyny w ówczesnym województwie konińskim.

W wynajętym pokoju? Rozumiem zatem, że ostatecznie nie dostał Pan jednak mieszkania ze spółdzielni?

Na tym poddaszu mieszkaliśmy przez pół roku, ale później dostałem to mieszkanie – to był albo koniec roku 1979, albo początek 1980. Drugi syn urodził się w 1980 roku i wówczas już mieszkaliśmy w nowym mieszkaniu.

To było duże mieszkanie?

Pięćdziesiąt sześć metrów. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka. Jak na ówczesne realia – duże mieszkanie.

W bloku wykonanym z podstawowego elementu konstrukcyjnego lat siedemdziesiątych, jakim była wielka płyta?

Tak, to była wielka płyta. I w tym mieszkaniu wychowaliśmy trójkę dzieci, dwaj synowie na studia poszli z tego mieszkania. A wie Pan, że sam robiłem meble do tego mieszkania?

Proszę, proszę – elektronik stolarzem?

Tak, bawiłem się w stolarza. Żona wypatrzyła w jakimś zachodnim czasopiśmie meble, które tak się jej spodobały, że postanowiłem je zrobić. Chodziłem do stolarza tylko przygotować surowiec, a potem cały regał i łóżko piętrowe sam, osobiście wykonałem. Zmarnowałem na to kupę czasu.

Wracając jednak do Pańskiej pracy w Mirandzie…

Byłem cenionym fachowcem, szybko zostałem zastępcą kierownika działu EPD, czyli Elektronicznego Przetwarzania Danych. Ale solidnie pracowałem. Myślę, że byłem bardzo dobrze wykształcony i naprawdę – od strony oprogramowania – dużo w tym ośrodku zrobiłem. Oczywiście politycznie podpadałem.

Znowu jakieś publikacje w „Polityce”?

Nie. Jeszcze przed 1980 rokiem były takie spotkania kandydatów na posłów z załogą. Ściągano delegacje szwaczek, tkaczek i innych, no i wszystkich kierowników. I co tylko takie spotkanie było, to ja się odzywałem i podpadałem. Zawsze moi dyrektorzy mieli problemy, bo miałem niewyparzony język. Jednym z takich kandydatów był Lech Ciupa, pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR z Konina. Poszedłem na spotkanie z nim, ale w ogóle się nie odzywałem. Siedzę, siedzę – do dzisiaj pamiętam – ten sekretarz truje, truje, nudzi, nudzi, jak to będzie świetnie, a na koniec: Są pytania?

To zabrzmiało niemal jak zachęta dla Pana.

Ale akurat wstała taka kobieta – nie wiem, co ją poniosło – i mówi: Towarzyszu sekretarzu, ja to mam takie pytanie, bo mój mąż ciężko pracuje, co tylko otwiera lodówkę, to jest tylko kaszanka, kaszanka, kaszanka. Kiedy ja będę mogła kupić mu kiełbasę czy szynkę? Ten się nachylił do sekretarza zakładowego, jakoś brzydko odpowiedział tej kobiecie – już nie pamiętam dokładnie nawet, jak – że nie wytrzymałem. Podniosłem rękę, wstaję i mówię: Ja mam do pana pytanie.

Do pana, a nie do towarzysza?

Jak powiedziałem: Do pana, to Ciupa nie wytrzymał, pochylił się do sekretarza zakładowego pytając pewnie, co to za jeden. A ja kontynuuję: Mam do pana pytanie jako do doktora nauk ekonomicznych – bo musi Pan wiedzieć, że on kończył jakąś partyjną szkołę w Leningradzie czy w Moskwie. – Co pan jako ekonomista zrobi, by – jak będą kolejne spotkania z panem jako kandydatem na posła – ta pani nie zadawała takich pytań, tylko miała w lodówce tę kiełbasę czy szynkę, a nie kaszankę? Bo ta sprawa rozbija się o ekonomię.

No tak, końcówka lat siedemdziesiątych. I co Panu odpowiedział?

Nie wiem, kogo pan reprezentuje – i zaczął krzyczeć. Po spotkaniu panika, dyrektor mnie wzywa – a miałem dobrego dyrektora naczelnego, który wprawdzie był z nadania partyjnego, ale sympatyczny i bardzo mnie lubił, szanował, potrafił mnie zaprosić do gabinetu, a tymczasem pierwszy sekretarz czekał w sekretariacie – i mówi: Wie pan, panie magistrze – bo on był przewrażliwiony na punkcie stopni i tytułów. – Generalnie ma pan rację, ja się z panem zgadzam, tak, ale… Taki trochę oportunistyczny był.

A Pan był taki niezależny?

Wie Pan, ja sobie mogłem pozwolić na niezależność, bo byłem fachowcem, nie bardzo mogli mnie kopnąć, no i ci sekretarze zgrzytali zębami, ale nie mieli co ze mną zrobić, bo dyrekcja argumentowała, że jak mnie wyrzucą, to co będzie z ośrodkiem. Stąd mogłem być taki odważny.

Z tą fachowością jako gwarancją zatrudnienia, to chyba jednak Pan trochę przesadził. Nie takich fachowców wyrzucano z pracy.

Pamiętam takie spotkanie w stanie wojennym, po internowaniu – jak był coroczny przegląd kadry kierowniczej – na które przyszedłem jako jeden z ostatnich kierowników, bo byłem bardzo zajęty. Za stołem siedzi komisja: sekretarz partii, przedstawiciel rady zakładowej, związków zawodowych, ktoś z kadr, dyrektor pionu, dyrektor naczelny – pięć czy sześć osób.

Czyli ówcześni wszyscy święci zakładowi.

I dyrektor naczelny mówi: Proponuję w stosunku do pana magistra Rychlika, żeby pierwsze punkty – czyli wykształcenie, zaangażowanie i coś tam jeszcze – pominąć, bo chyba nie mamy zastrzeżeń do pana magistra Rychlika. Przejdźmy od razu do punktu piątego, czyli postawy społeczno-politycznej. Pan, panie magistrze nie należy do partii, w pana dziale też nikt nie należy do partii, pan nie należy do nowych, branżowych związków zawodowych, w pana dziale tylko jedna osoba należała do tych związków, ale pod pana wpływem się wypisała, pan nie chodzi na nasze czyny społeczne i pochody pierwszomajowe, pan buntuje załogę. Jak by to Pan skomentował?

I jak Pan to skomentował?

Do partii nie należę – to fakt, ale nikt mi do tej pory nie proponował. Do związków zawodowych nie należę, bo należałem do jednych związków i tamtym jestem wierny, a do nowych nie wstąpię. Co do osoby, która była w związku i się wypisała, to jest to osoba pełnoletnia i ja nie mam wpływu na to, co ona robi.

A rzeczywiście była taka osoba, która wypisała się z nowych związków za Pana namową?

Była taka osoba, która się wypisała. Czy za moją namową? Może poniekąd. No i mówię dalej: Na czyny i pochody pierwszomajowe nie chodzę, bo ciężko pracuję. Ja – panie dyrektorze – nie czytam w pracy gazet, jak wielu innych, pracuję od siódmej do piętnastej. I pracuję solidnie, bo po to przychodzę w ogóle do pracy. A na czyny czy pochody niech chodzą tacy, którzy nie mogą się w inny sposób wykazać. A co do buntowania załogi, to ja nie buntuję, czuję się zobowiązany do tego, aby – jeżeli wiem coś więcej niż inni i widzę, że coś jest nie tak – głośno o tym mówić, bo nie chcę, aby za ileś tam lat ktoś mi powiedział: „Pan, wykształcony, wiedział, że to idzie w złym kierunku i pan się nie odzywał, tylko milczał?”.

I pamiętam jak dzisiaj, że dyrektor mnie spytał: To co? Pan uważa, że w tym kraju system się zmieni? Ja mu na to: Nie wiem. To pan powiedział, ja tego nie powiedziałem.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Ryszardem Rychlikiem w rozdziale: Zemsta towarzysza sekretarza