fbpx
Branża

Ratunek z urzędu pracy

Otwarcie nowej hali produkcyjnej. Wstęgę przecinają: Jan Szynaka (z lewej) i Jerzy Sadowski (z prawej), przedstawiciel wykonawcy – firmy Ekobud z Ostródy, 3 maja 1995 r.

Ratunek z urzędu pracy

Rozmowa z Janem Szynaka, właścicielem Grupy Meblowej Szynaka, której początki sięgają 1957 r., kiedy to powstał mały zakład rzemieślniczy prowadzony przez ojca – także Jana.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r. Poniżej siódmy rozdział tego wywiadu. Szósty rozdział można przeczytać tutaj: Wiedeń w Lubawie

Wspominał Pan o pierwszych swoich maszynach: pilarce z Reszla i frezarce z Jarocina. Podejrzewam, że te sprzęty wystarczały w warsztacie rzemieślniczym, ale w przedsiębiorstwie mającym ambicje produkcyjne to było już zdecydowanie za mało. Na szczęście zakupy były już wtedy zdecydowanie łatwiejsze: nie musiał Pan iść do wojewody po asygnatę, wystarczyło odwiedzić producenta albo przedstawiciela handlowego.

Na początku lat dziewięćdziesiątych rozeznanie w Polsce robiła włoska grupa SCM. Jeździli po różnych targach: poznańskich, gdańskich, warszawskich. I właśnie podczas jednego z takich spotkań zaprosili nas oraz jeszcze paru innych producentów do Włoch. Ciekawostką jest, że siedemdziesiąt procent ludzi, którzy wtedy pojechali, ciągle dobrze prosperuje na rynku.

A kto pojechał?

Między innymi Ryszard Balcerkiewicz z Balmy i Janusz Mikołajczyk z Łodzi, reprezentujący firmę Mikomax.

No tak, obaj Panowie zdecydowanie należą do tych siedemdziesiąt procent, którzy ciągle działają.

Wielu z nas poznało się właśnie we Włoszech. Początkowo podchodziłem do tego wyjazdu dość luźno, traktowałem go raczej jako wycieczkę. Stwierdziłem, że obejrzymy fabrykę, maszyny, trochę pozwiedzamy i wrócimy do domu. Jednak, kiedy trzeciego dnia pokazano nam konkretne, matematyczne wyliczenia zwiększenia efektywności produkcji, to dopiero wtedy zainteresowałem się tym na poważnie.

Zaczął Pan liczyć, o ile zwiększy się Panu produkcja i jakie będą oszczędności?

Tak. Pomyślałem: „Przy produkcji moich regałów takie centrum obróbcze to super sprawa”. Nawet jak wezmę kredyt, to zwróci mi się ta inwestycja w przeciągu dwóch-trzech lat. I w ostatnim dniu pobytu podjąłem decyzję, że jednak kupię tę maszynę. Kilka tygodni później negocjowaliśmy warunki zakupu profesjonalnego centrum obróbczego CNC.

Czyli Pańską pierwszą, poważną maszyną był włoski SCM?

Tak. Co prawda mieliśmy już wcześniej maszyny, choćby z Homaga, ale to było nasze pierwsze sterowane numerycznie centrum obróbcze. Powiedziałbym nawet, że była to chyba pierwsza tego typu maszyna w północno-wschodniej Polsce.

A skąd wziął Pan ludzi do obsługi tej maszyny, skoro to była taka nowość?

Obok Lubawy swoją siedzibę miał Elpan, czyli Zakład Aparatury Elektronicznej Polskiej Akademii Nauk. Kiedyś był najnowocześniejszym przedsiębiorstwem w Polsce, a może i nawet w całym bloku socjalistycznym. Zabrakło tam tylko inwestora. W związku z tym po zamknięciu firmy, ja zatrudniłem ich znakomitą kadrę. I to właśnie ich wysłałem do Włoch na szkolenie.

A rzeczywiście potrzebował Pan dwóch-trzech lat, by zakup pierwszego centrum się zwrócił?

Okazało się, że byłem zbyt ostrożny w wyliczeniach. Zakup zwrócił się już po dziewięciu miesiącach, więc zacząłem inwestować w kolejne maszyny. Kupiliśmy Alfę – maszynę do rozkroju, sterowaną numerycznie, a pół roku później – kolejne centrum obróbcze Recorda z dwiema głowicami.

I ciągle jeszcze mieścił się Pan w zakładzie przy domu?

W 1989 roku rozbudowałem zakład przy domu w Lubawie. W sumie miał jakieś kilkaset metrów. Było to stanowczo za mało przestrzeni na produkcję. W 1991 roku w tym miejscu, gdzie teraz rozmawiamy, czyli na ul. Dworcowej w Lubawie, mieścił się zakład budowlany, w którym chciałem kupić pustaki do wybudowania hali. Był tutaj tylko piętrowy budynek oraz dwie hale. A poza tym suwnice i wielka hałda piachu. Podczas zakupu pustaków, ktoś niezobowiązująco powiedział: „Czy warto, byś coś budował? Zobacz – tutaj stoi pusta hala, kup ją”. To były tylko żarty, ale dały mi do myślenia. Stwierdziłem, że faktycznie jest to dobry pomysł. Miałem maszyny kupione w Elpanie, więc wydzierżawiłem górną halę i dwa pokoje.

Początki budowy hali magazynowej Szynaka Meble, Lubawa, 1997 r.
Początki budowy hali magazynowej Szynaka Meble, Lubawa, 1997 r.

Rzemieślnik wyszedł ze swego warsztatu i otworzył fabrykę?

Dobrze Pan powiedział. Pokazałem, że rzemieślnik też coś może osiągnąć. A wracając do tematu, omówiłem kwestie dzierżawy i zacząłem produkcję. Cały ten teren należał do firmy Prefabet Kurzętnik, która ponosiła bardzo duże koszty utrzymania. W związku z tym zaproponowano mi kupno całej nieruchomości. Najpierw odpowiedziałem: „Nie, nie stać mnie”. Jednak później stwierdziłem, że spróbuję. Udałem się na rozmowę z bankiem. I wtedy się zaczęło. Bank stwierdził: „Gdzie tam panie, wszystko upada, a pan chcesz w betoniarni meble produkować? To się nie uda. Absolutnie”.

I odrzucono Pański wniosek?

Niestety odrzucono mój wniosek, a ja już miałem przygotowane wszystkie dokumenty do zakupu. Pod koniec 1992 roku odbył się Zjazd Rzemiosła Olsztyńskiego. Byłem tam nawet w prezydium. Podczas przerwy wspomniałem o mojej sytuacji z bankiem Dyrektorowi Izby. Opowiedziałem mu, co osiągnąłem przez ostatni rok, że mam pełno zamówień, ale nie mam, gdzie ich realizować. Na koniec zrezygnowany stwierdziłem, że: „Chyba już po mnie, trzeba będzie zamykać firmę”.

No, ale ostatecznie jakaś rada się znalazła?

Dyrektor Izby powiedział mi, że na zjeździe jest szefowa Wojewódzkiego Urzędu Pracy, a oni mają pieniądze na tworzenie nowych stanowisk pracy. Stwierdziłem, że mogę spróbować.

Coś mało entuzjastycznie odniósł się Pan do tego pomysłu.

Przyznaję, że niespecjalnie byłem przekonany, czy to coś zmieni, ale spróbowałem. Opowiedziałem jej o swoich problemach, a ona powiedziała: „Panie Janie, przecież widzę, że pan działa, zatrudnia ludzi i to przede wszystkim takim jak pan trzeba pomagać. Ile panu trzeba?”. Przeliczyliśmy, że jest to równowartość stworzenia chyba około czterdziestu nowych stanowisk pracy.

Dla Pana wtedy nie było to już chyba większym problemem.

Przy tej skali zamówień, jaką miałem wtedy wykonać, to zatrudnienie czterdziestu dodatkowych osób nie stanowiło żadnego problemu. Jedyną przeszkodą był fakt, że była końcówka roku i urzędy miały już rozdysponowane środki. Jednak szefowa Urzędu Pracy powiedziała, że zbierze dla mnie pieniądze, które nie zostały wydane z całego województwa i jak tylko Rejonowy Urząd Pracy w Iławie wszystko potwierdzi na mój temat, to sceduje je do Iławy na moją inwestycję. Udało się.

Ale, tym niemniej, musiał Pan czekać. Długo?

Cztery dni. Po czterech dniach odbierałem pieniądze w Iławie, bo Prefabet potrzebował gotówki na wypłaty dla pracowników

Zaraz, zaraz. Odbierał Pan pieniądze? To była gotówka?

Gotówka. Przelew szedłby za długo.

Ale to była jakaś niewyobrażalna kwota – zwłaszcza, że jeszcze przed denominacją. Kilkaset milionów złotych? Jak Pan to chciał przewieźć?

Miałem wtedy jakąś starą walizkę, do której włożyłem pieniądze. Wziąłem ze sobą księgowego oraz policję dla ochrony. I tak zawieźliśmy pieniądze z Iławy do Kurzętnika. W taki sposób kupiłem zakład.

I zrezygnował Pan tam z produkcji budowlanej?

Nie, przez cztery lata mieliśmy produkcję kostek betonowych, polbruku i krawężników. W miejscu, w którym teraz mamy suszarnię, były zbiorniki na beton i mieszalnie. Biznes szedł całkiem dobrze.

To dlaczego Pan zrezygnował, skoro była to dochodowa działalność?

Zrezygnowałem, bo trochę było mi wstyd. Tu rozwijam działalność meblową, inwestuję i podwyższam standardy, a tu prowadzę firmę budowlaną, w miejscu, gdzie należałoby zrobić remont. Po pół roku poprosiłem dyrektora Prefabetu w Kurzętniku, by zabrał stary żwir, który mi zalega na środku placu. Na szczęście tak długo z tym zwlekał, że przerobiłem go na beton towarowy i sprzedałem Swedwoodowi, który podjął decyzję, że będzie się budował w Lubawie. I na pierwsze ich hale poszedł ten cały surowiec, a ja mogłem w dużej części spłacić kredyt zaciągnięty na zakup tego zakładu.

Rozwój technologii w zakładach firmy Szynaka Meble: wiertarka przelotowa wielowrzecionowa, 1999 r.
Rozwój technologii w zakładach firmy Szynaka Meble: wiertarka przelotowa wielowrzecionowa, 1999 r.

A brata z Obornik też Pan przywiózł, by pokazać nowe hale i maszyny? Tym centrum obróbczym z SCM mógł już się przecież Pan pochwalić, nawet przed nim.

To jest jeszcze inna historia. Zakłady w Obornikach zostały sprywatyzowane i powstał problem, komu je sprzedać. Ostatecznie kupiła je amerykańska firma. Brat był wtedy w radzie nadzorczej Wielkopolskich Fabryk Mebli i stawiał mnie za przykład, jak mogą rodzimi, polscy przedsiębiorcy lepiej zarządzać, produkować i mieć lepszą wydajność. Niestety, nie wszystkim się to podobało i jak doszło do kolejnej prywatyzacji, to do przetargu mogli startować wszyscy, oprócz Szynaki z Lubawy.

No, ale oficjalnie chyba tego nikt Panu nie powiedział?

W twarz – nie.

A miał Pan wtedy do czynienia – oczywiście pomijam tutaj Pańskiego brata – ze starą kadrą, która zarządzała fabrykami mebli w Polsce w latach osiemdziesiątych czy siedemdziesiątych?

Podczas pewnych targów w Poznaniu, kilkanaście lat temu, na pewno jeszcze długo przed przejęciem przeze mnie zakładów po Mazurskich Meblach, siedziałem przy stoisku prezesa Piotrkowskiej Fabryki Mebli, Józefa Kościarza. Znałem go z jakichś wyjazdów zagranicznych czy targów. W pewnym momencie podeszli do nas dawni prezesi firm, które funkcjonowały w Zjednoczeniu Przemysłu Meblarskiego. I rozpoczęła się dyskusja o Szynace.

O Szynace, czyli o Panu? Nie znali Pana?

Nie przedstawiłem się. Początkowo tylko siedziałem cicho i słuchałem. W którymś momencie zacząłem włączać się do dyskusji, bo wiele poruszanych kwestii było dla mnie krzywdzących.

Rozmówcy zorientowali się w końcu, że Pan to Pan?

Ktoś z boku w pewnym momencie spytał: „A kto to jest, ten młody, że się tak wymądrza?”. Otrzymali odpowiedź: „No przecież to Szynaka”. I zapadła cisza…

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Janem Szynaka w rozdziale: Uczciwy jak Rosjanin