Branża

Trzynasta księga pana Tadeusza

10-lecie firmy Profim. Na zdjęciu wspólnicy (od lewej): Ryszard Rychlik, Ryszard Kaczmarek, Andrzej Opłatek, Bogdan Kaczmarek, 2001 r.

Trzynasta księga pana Tadeusza

Rozmowa z Ryszardem Rychlikiem, współzałożycielem i wieloletnim prezesem Zarządu firmy Profim.

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej drugi rozdział tego wywiadu. Pierwszy rozdział można przeczytać tutaj: Rychtig, czyli w porządku

Wracając teraz do Pańskiego dzieciństwa. W wieku sześciu lat przeniósł się Pan wraz z rodzicami z Krotoszyna do Turku. Domyślam się zatem, że do szkoły chodził Pan właśnie w Turku?

Tak, to była szkoła podstawowa w Turku, najbliższa miejscu mojego zamieszkania. Mieszkaliśmy przy samym rynku – wtedy to była ulica 1 Maja, a obecnie 3 Maja – i do szkoły miałem kilkaset metrów, zresztą podobny dystans miałem także do liceum. W podstawówce byłem uczniem dobrym, ale nie bardzo dobrym i dopiero w liceum odkryto moje talenty, czy raczej – mój wychowawca zmusił mnie, żebym bardziej popracował. I rzeczywiście – z nauk matematyczno-fizycznych byłem bardzo dobry, do tego stopnia, że zostałem nawet laureatem olimpiad…

…Co było chyba atutem przy wyborze studiów?

Wtedy było tak, że licea nominowały najlepszego ucznia i on mógł iść bez egzaminów na każdą wyższą uczelnię. Tak się złożyło, że byłem tym jedynym, wytypowanym przez moją szkołę i stąd – jako jeszcze nieśmiały młody człowiek – odważyłem się pójść do Wrocławia na Elektronikę. Na tej Elektronice były cztery kierunki, w tym najbardziej nobliwy – Instytut Cybernetyki Technicznej, czyli kierunek zajmujący się maszynami cyfrowymi. Wówczas – to był rok 1972 – dość odważnie poszedłem na te swoje studia, bo przecież nie kończyłem technikum elektronicznego, a jedynie liceum ogólnokształcące.

Pamięta Pan swoją pierwszą wizytę na uczelni?

Pamiętam, że na rozmowę wstępną przyszedł zarośnięty facet w fartuchu. Pomyślałem wtedy, że jakiś woźny mnie przesłuchuje, a okazało się, że to dziekan Jerzy Bromirski, jeden z twórców pierwszych polskich maszyn cyfrowych. Taki miał styl bycia. Był bardzo ceniony i nie musiał specjalnie dbać o wygląd zewnętrzny, ale zrobił wtedy na mnie ogromne wrażenie. Wie Pan, na Politechnice Wrocławskiej było wtedy bardzo dużo lwowiaków.

Tak – słynna lwowska szkoła matematyczna, której twórcami byli między innymi Stefan Banach i Hugon Steinhaus. A raczej pozostałości tej szkoły, bo chyba większość uczonych straciła życie albo z rąk sowieckich, albo niemieckich. Rzeczywiście w latach siedemdziesiątych, gdy Pan studiował, coś z tej lwowskiej szkoły jeszcze pozostało?

Tak, tak. Było to czuć. Co prawda, gdy ja przyszedłem na uczelnię, to rektorem był Tadeusz Porębski, członek Komitetu Centralnego PZPR i uczelnia nasza… Może inaczej: mówiło się wtedy, że nasza uczelnia niekoniecznie musi robić to, co ministerstwo sobie życzy, bo była – jak to wtedy mawialiśmy – trzynasta księga Pana Tadeusza. Tadeusza Porębskiego. I on wprowadził swój dryl, dlatego myśmy mieli na początku szkółkę, naprawdę szkółkę.

A na czym polegała ta szkółka?

Jak porównywałem Politechnikę Wrocławską z innymi uczelniami, to u nas prawa studentów były mocno ograniczone i trzeba było kuć, kuć i jeszcze raz kuć – szczególnie na Elektronice. U nas po pierwszym roku odpadła połowa, a Porębski był bardzo wymagający i politycznie zorientowany jednoznacznie. Pamiętam, że na trzecim albo na czwartym roku popełniłem jakiś artykuł w „Polityce”, który nie był specjalnie korzystny dla ówczesnych władz…

Cenzura to Panu puściła?

Cenzura to puściła, bo „Polityka” była wtedy jedyną gazetą, która zamieszczała także artykuły krytyczne wobec ówczesnej rzeczywistości. Wypowiedziałem się w czasie jakiejś dyskusji na temat studiów i o zgrozo to puścili. I jak ten artykuł wydrukowali, to mój starszy kolega, który był doktorem i jakimś znajomym znajomych moich rodziców, wezwał mnie i mówi: Coś ty narobił? Złamałeś sobie karierę. Już na uczelni nie będziesz mógł zostać. Czy ty nie wiesz, że w tym kraju, jak na budowie jest dół, to on może sobie być i ten dół jest przez wszystkich akceptowany, dopóki ktoś do niego nie wpadnie. A jak już wpadnie to… I tak mi tłumaczył, że sobie złamałem karierę.

Rzeczywiście złamał Pan sobie karierę naukową?

Tuż po publikacji tego artykułu byłem nominowany do nagrody rektorskiej i dostałem tę nagrodę, w tym nagrodę pieniężną, choć nie pamiętam już, ile ona wynosiła. I proszę sobie wyobrazić: wielka gala, wręczanie tych różnych nagród, wyczytują: Rychlik, ja podszedłem, Porębski podał mi rękę, wręczył dyplom, spojrzał na mnie i nie odezwał się słowem.

Ale nie został Pan na uczelni?

Na uczelni nie zostałem, mimo że mnie namawiano. Nie chciałem zostać na uczelni, mimo że byłem bardzo dobrym studentem, dostałem dyplom specjalny, z wyróżnieniem – ten dyplom u nas na Politechnice Wrocławskiej był granatowy. Miałem trochę problemów w życiu przez to, że dostałem dyplom z wyróżnieniem.

Bo za dobry Pan był? Zawiść gorszych?

Nie, nie, to nie tak. Ja miałem – od czwartego roku, trochę by ulżyć rodzicom, a trochę by mieć na swoje wydatki – stypendium fundowane.

Czyli stypendium naukowe?

To było stypendium fundowane przez zakład pracy. Stypendium naukowe i nagrody miałem niezależnie od niego, bo byłem dobry. Wie Pan, ja na studiach miałem relatywnie dużo pieniędzy i utrzymywałem się bez żadnej pomocy finansowej rodziców. Stypendium fundowane to było dwa tysiące dwieście złotych czy jakoś tak. Szukaliśmy sobie z żoną, bo ja się ożeniłem dość wcześnie – na studiach, na trzecim roku…

Ryszard Rychlik, dyplom ukończenia studiów 1977 r.
Ryszard Rychlik, dyplom ukończenia studiów 1977 r.

Koleżanka ze studiów?

Tak, z roku. Szukaliśmy w całej Polsce zakładu i znaleźliśmy Predom-Mesko w Skarżysku-Kamiennej. Ja byłem wtedy człowiekiem… chyba takim dzieckiem epoki Gierka. Ta propaganda – że my tu naprawdę ważni, silni i musimy budować Polskę – do mnie trafiała.

I ogłupiała?

Poniekąd tak, ale ja wówczas miałem ogromne ambicje, że oto ja – wykształcony student…

…A niedługo młody inżynier, ktoś à la Dzidek z „Człowieka z żelaza”…

…Będę budował tę przyszłość i koniecznie szukałem ambitnej, dobrej pracy.

Dwa lata wcześniej krytykował Pan w „Polityce” ówczesną rzeczywistość, a teraz tak łatwo dał się ogłupić propagandystom Macieja Szczepańskiego?

Nie, nie, nie. To nie tak. Politycznie dojrzewałem szybko na studiach. Jak przyszedłem z małego miasteczka to byłem zahukany, ale szybko wpadłem w środowisko fajnych kolegów z Wrocławia, ale i z mniejszych miejscowości – z Hrubieszowa czy też z Wąchocka. Duża mieszanka. Rajdy w Sudety na pierwszych dwóch latach, moja działalność społeczna w AZS-ie przyniosła mi różne ciekawe kontakty, ale to co mnie najbardziej ukształtowało to była wymiana studentów do ZSRR.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Ryszardem Rychlikiem w rozdziale: Sowieckie zegarki chodzą najszybciej