Branża

Początki kariery

Wiesław Wajnert, twórca i założyciel firmy Wajnert Meble.

Początki kariery

Rozmowa z Wiesławem Wajnertem, twórcą i założycielem firmy Wajnert Meble, którą rozwijał od skromnego zakładu rzemieślniczego do zatrudniającego ponad 800 osób przedsiębiorstwa. Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r.

Jest Pan pierwszym przedsiębiorcą w rodzinie, a jednak udało się Panu zbudować tak dobrze prosperującą firmę. Czy ma Pan przedsiębiorczość zakodowaną w genach? Czym zajmowali się Pana rodzice?

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Tak, to prawda, że jestem pierwszym przedsiębiorcą w rodzinie. Mój tato przez całe lata pracował jako urzędnik państwowy. Z kolei mama zajmowała się zawsze domem, mieliśmy hektar ziemi. Mam jeszcze starszego brata i starszą siostrę – moje rodzeństwo również nie otworzyło własnej firmy.

Skąd pochodzą Pana rodzice?

Pochodzą z Polski Centralnej. Na tak zwane Ziemie Odzyskane przybyli wraz z moimi dziadkami tuż po wojnie, jako przesiedleńcy. Tato wspominał, że szli trzy dni, mijając całe miejscowości pustych domów. Osiedlili się na Dolnym Śląsku – to właśnie tu się urodziłem.

W 1956 roku?

Zgadza się.

Mało brakowało, by branża meblarska nie poznała nazwiska Wajnert. Jako kilkunastoletni chłopak trafił Pan do zawodowej szkoły górniczej na Górnym Śląsku. Przez jakiś czas to właśnie z górnictwem wiązał Pan swoją przyszłość.

W latach siedemdziesiątych było duże zapotrzebowanie na górników w kopalniach. Szukano pracowników w całej Polsce. Pamiętam, że kilku moich kolegów wyjechało na Śląsk do szkół górniczych i to właśnie oni zachęcili mnie do wyjazdu i rozpoczęcia nauki w zawodzie górnika.

Gdzie dokładnie kształcił się Pan?

W szkole górniczej w Mysłowicach.

Co zadecydowało o zmianie Pana ścieżki zawodowej – z górnictwa na stolarstwo?

Po pierwszym roku nauki zwieziono nas na dół do kopalni. Wtedy zrozumiałem, że to nie jest praca dla mnie. Na moją decyzję wpłynęło też to, że moi rodzice byli bardzo przeciwni wyjazdowi na Górny Śląsk. Mocno przekonywali mnie, żebym wrócił do domu.

Dlaczego? Obawiali się o Pana bezpieczeństwo?

Tak, bardzo bali się, że mogę zginąć w jakimś wypadku, gdzieś pod ziemią. Dużo obaw miała zwłaszcza mama, w końcu byłem najmłodszy z rodzeństwa. Bardzo naciskała na mnie, żebym wrócił do domu i znalazł inny zawód. Mówiła, że w okolicy jest wiele różnych szkół zawodowych. Ostatecznie zadecydowałem o porzuceniu szkoły górniczej, decyzję podjąłem pewnego dnia wspólnie z dobrym kolegą.

W ciągu trwania roku szkolnego?

Nie było tak łatwo zrezygnować. Wychowawcy mocno nas przekonywali do kontynuowania nauki. Kilku moich kolegów dość długo wahało się, nie wiedzieli, czy powinni porzucić naukę, ale ostatecznie zdecydowali się pozostać w szkole. Dostali prezenty, galowe mundury górnicze… Kopalnie miały swoje sposoby na zachęcenie młodych ludzi do pracy.

Pamięta Pan, który to był rok?

To był chyba rok 1972.

Był Pan nastolatkiem, który po niespełna dwóch latach nauki zrezygnował z kariery górnika. Wrócił Pan do domu. Co było dalej?

Wróciłem do rodzinnego domu, rozpocząłem naukę w zawodzie stolarza meblowego. Oczywiście rozpocząłem szkołę od pierwszej klasy, ponieważ pobyt w szkole górniczej nie liczył mi się. Chodziłem do szkoły wielozawodowej w Sycowie i odbywałem praktyki zawodowe w spółdzielni meblarskiej w Międzyborzu.

Jak wyglądały Pana praktyki zawodowe? Były to poważne, czy pozorowane zajęcia?

Na praktykach było nas niewielu, dosłownie kilka osób. Zajęcia były jak najbardziej poważne. Praktyki trwały trzy lata i były bardzo wymagające, uczyliśmy się pod okiem doświadczonych stolarzy. Już od początku pierwszej klasy robiliśmy rozmaite meble i boazerie. Pilnowano dyscypliny, żebyśmy zdobyli jak największe doświadczenie.

Ile trwało Pana kształcenie się?

Szkołę ukończyłem po trzech latach, zdobywając dyplom czeladniczy. Egzamin zdawałem w Ostrzeszowie.

Czy tę szkołę w Sycowie – oprócz Pana – ukończyły jeszcze jakieś osoby, które założyły swoje firmy i działają z sukcesem do dziś? Chodzi mi oczywiście o stolarzy, nie o przedstawicieli innych zawodów, bo szkoła – jak Pan wspomniał – była wielozawodowa.

Oczywiście, meblarstwo to od lat wiodąca dziedzina rozwoju naszego regionu. Chodziłem do szkoły z kilkoma producentami mebli, którzy – podobnie jak ja – w latach 80-tych rozpoczęli swoją działalność gospodarczą. Wiele firm nie przetrwało, ale nieliczne działają do dziś i dobrze prosperują.

Ukończył Pan szkołę – co było dalej?

Kontynuowałem pracę już jako stolarz, ale – jak wielu młodych chłopaków w tamtych czasach – powołano mnie do służby wojskowej. Trafiłem do jednostki w Poznaniu.  

Czego nauczyła Pana służba wojskowa?

Powiem Panu, że służba wojskowa – jaka za komuny by nie była – zdecydowanie nauczyła mnie dyscypliny, punktualności, sumienności. Czasami odnoszę wrażenie, że tego brakuje naszej dzisiejszej młodzieży. Nawet mówię czasami mojemu synowi: Mądry z ciebie chłopak, dobrze zarządzasz firmą, ukończyłeś różne fakultety, tylko tego wojska ci trochę brakuje.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Wiesławem Wajnertem w rozdziale: Drugi etat po godzinach