fbpx
Branża

Szkoła życia

Ryszard Balcerkiewicz.

Szkoła życia

Rozmowa z Ryszardem Balcerkiewiczem, właścicielem i prezesem Zarządu firmy Noti, założycielem Fabryki Mebli Balma.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r. Poniżej pierwszy rozdział tego wywiadu.

Pan jest poznaniakiem?

Nie, urodziłem się w Czerniejewie, miejscowości położonej między Gnieznem a Wrześnią.

Pytam o to, bo powszechnie uważa się poznaniaków – ale zapewne można byłoby odnieść tę charakterystykę do mieszkańców Wielkopolski w ogóle – za osoby gospodarne, oszczędne, pracowite, pragmatyczne. Czy dostrzega Pan te cechy również u siebie?

Czy wszystkie, które Pan wymienił – tego nie wiem. Na pewno taką cechą, którą bardzo ściśle wiążę ze sobą, jest systematyczna praca. To jest rzeczywiście dla nas, Wielkopolan, bardzo charakterystyczne. Przez całą swoją zawodową działalność dochodziłem do wszystkiego właśnie ciężką, systematyczną pracą. Oszczędność to kolejna rzecz, która mnie wyróżnia, szczególnie w sytuacjach różnych inwestycji domowych, bo szybciej kupuję choćby jakąś maszynę do firmy niż coś do domu.

Rozumiem zatem, że są to cechy przydatne także w biznesie?

Jak najbardziej. Wie Pan, ja początkowo miałem małą firmę rzemieślniczą, działającą nie w branży meblarskiej, tylko w sektorze elektrotechnicznym. Natomiast cały Swarzędz oparty był na warsztatach, które już wtedy dobrze prosperowały, ale ich właściciele nie myśleli o rozwoju firm, chodziło im o zarabianie pieniędzy dla siebie, o bieżącą konsumpcję. Mieli piękne domy, jeździli luksusowymi samochodami, natomiast warsztaty były gdzieś tam doklejone do tych domów. Ale jak zmieniła się rzeczywistość z socjalistycznej na kapitalistyczną, to okazało się, że bardzo wiele z tych firm nie potrafi się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć i te firmy zaczęły jedna po drugiej upadać. Nie ma aż tak wielu przykładów, by z tego swarzędzkiego rzemiosła powstały jakieś znane, rozpoznawalne, dobre marki. To pokazuje, że bez ciężkiej, systematycznej pracy nie uda się osiągnąć trwałych efektów.

Za tę pracę, której efektem były osiągnięcia biznesowe, ale także za działalność społeczną był Pan wiele razy przez różne instytucje nagradzany. Przypomnę tylko tytuł „Wielkopolski Przedsiębiorca XX-lecia 1990-2010”, przyznany w konkursie zorganizowanym przez Wielkopolską Izbę Przemysłowo-Handlową, Marszałka Województwa Wielkopolskiego i „Gazetę Wyborczą” w Poznaniu.

Uważam, że trzeba coś po sobie zostawić. Nie tylko materialne rzeczy, ale także te niematerialne. Myślę, że pomoc tym, którzy sobie nie radzą czy dzielenie się tym, co się ma z tymi, którzy nie mają, jest wpisane w działanie człowieka. To jest bardzo naturalne.

Pamięta Pan, kiedy rozpoczął własną działalność gospodarczą, początkowo rzemieślniczą?

Działalność gospodarczą zarejestrowałem 1 kwietnia 1978 roku. Zanim jednak do tego doszło… Widzi Pan, byłem człowiekiem, którego wychowywała tylko matka, w związku z czym musiałem w bardzo młodym wieku się usamodzielnić, by matkę wspomóc, także finansowo. Nie było szansy i pieniędzy na zdobycie wykształcenia, które byłoby adekwatne do moich uzdolnień i możliwości. Do szkoły poszedłem jako sześciolatek, skończyłem ją po siedmiu latach i poszedłem do zasadniczej szkoły elektrycznej. Skończyłem tę szkołę, mając szesnaście lat, po czym przeprowadziłem się do Poznania i poszedłem tam do pracy.

Rozpoczął Pan pracę zawodową, mając szesnaście lat?

Musiałem zarabiać. Równocześnie rozpocząłem naukę w technikum energetycznym. Później, już po skończeniu technikum, nie starczyło sił, by podjąć od razu studia. Poszedłem do wojska, a po wojsku kontynuowałem pracę. Sytuacja rodzinna – ożeniłem się, urodziły się dzieci – spowodowała, że musiałem zarabiać pieniądze. I to nie tylko awansując w tej firmie, w której pracowałem; zaczynałem w niej od szczebla szeregowego pracownika, po czym w krótkim czasie, jako młody chłopak, zostałem kierownikiem.

Ryszard Balcerkiewicz (drugi z prawej) z Leszkiem Balcerowiczem podczas wręczenia certyfikatu „Wielkopolski Przedsiębiorca XX-lecia 1990-2010”.
Ryszard Balcerkiewicz (drugi z prawej) z Leszkiem Balcerowiczem podczas wręczenia certyfikatu „Wielkopolski Przedsiębiorca XX-lecia 1990-2010”.

A co to była za firma?

To było przedsiębiorstwo remontowo-budowlane działające w branży instalacji elektrycznych. Jednak ten gorset firmy państwowej niespecjalnie mi pasował. Ciągle szukałem nowych pomysłów, nowych rozwiązań, ostatecznie decyzja była taka, że 1 kwietnia 1978 roku rozpocząłem samodzielną pracę w branży elektrotechnicznej: wykonywanie instalacji elektrycznych niskoprądowych, ale również sieci energetycznych. I taką firmę rozwijałem aż do końca lat osiemdziesiątych.

Pańska prywatna firma była zatem firmą usługową?

Tak, ale ciągle mnie też interesowała produkcja, w związku z czym, działając w branży usługowej – elektrotechnicznej, zajmowałem się wyszukiwaniem różnych luk na rynku i podejmowałem różne działania w zakresie produkcji osprzętu instalacji elektrycznych z metalu. Pewne elementy zacząłem produkować przy użyciu pierwszych, podstawowych maszyn. Pod koniec lat osiemdziesiątych, dokładnie to był chyba 1988 rok, rozpocząłem budowę nowego warsztatu – w innym miejscu, na działce o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych. Tam pojawiły się kolejne maszyny, jakaś prasa i zacząłem wtedy zajmować się produkcją stolików komputerowych.

Wróćmy jednak do początków Pańskiej działalności. Firmę zarejestrował Pan pod nazwą Działalność Usługowo-Wytwórcza Ryszard Balcerkiewicz…

Już nie pamiętam tego dokładnie, ale chyba rzeczywiście pod taką właśnie nazwą była zgłoszona do rejestracji.

A jaki był adres firmy?

Na początku domowy. Miałem wtedy segment w szeregowcu i tam, w garażu, rozpocząłem pierwszą działalność. Później dobudowałem do tego garażu następne pomieszczenie – trzydziestometrowe. Takie były początki tej mojej działalności.

Pan nie miał w rodzinie, wśród przodków, rzemieślników?

Mój ojciec był piekarzem, miał własny zakład. Ja się nie wychowywałem z ojcem, w związku z czym nie mam takich doświadczeń, ale pewnie w genach coś z tej przedsiębiorczości przejąłem po ojcu, po przodkach, bo niektórzy z nich działali na własny rachunek, chociaż oczywiście w jakiejś bardzo niewielkiej skali.

Jak wtedy odbywała się rejestracja prywatnej firmy i jakie formalności trzeba było załatwić? Czy procedura rejestracyjna trwała długo?

Wie Pan, o tyle, o ile sobie przypominam, to nie miałem z tym problemów, nie było to wcale jakieś bardzo straszne. Pewnie ten okres oczekiwania był dość długi. Trochę kombinowania też było.

Kombinowania? Przy rejestracji?

Żeby rozpocząć działalność, musiałem ten garaż zgłosić jako magazyn, nie mogłem napisać, że będzie tam jakaś produkcja. Na pewno utrudnieniem było to, że musiałem na wszystko mieć papiery i jeżeli rejestrowałem firmę w branży elektrotechnicznej, to było w porządku, bo miałem zawód technika elektroenergetyka. Ale jeżeli już chciałem produkować jakiś element metalowy, to musiałem zatrudniać mistrza czy czeladnika ślusarza. W związku z tym, co chwila poszerzałem te moje uprawnienia o następne zawody, które były potrzebne. To na pewno było dużym utrudnieniem, ale samo zgłaszanie, sama procedura – na pewno były uciążliwe, ale nie były aż tak straszne, aby tego nie przejść pozytywnie.

Pan używa określenia produkcja, ale przecież w PRL-u produkcja zastrzeżona była dla firm państwowych, tymczasem Pan – jako rzemieślnik – mógł co najwyżej świadczyć usługi.

Tak do końca, jak Pan mówi, nie było. Nie ukrywam, że jestem takim trochę społecznikiem i już wtedy – trzydzieści kilka lat temu – działałem w strukturach izby rzemieślniczej, cechu i spółdzielni. Spółdzielnie wtedy były potrzebne, bo scalały rzemieślników i szukały rozwiązań potrzebnych tym rzemieślnikom do działalności. W ramach tej mojej spółdzielni elektrotechnicznej, która była w Poznaniu, działały też firmy, które już wtedy zajmowały się produkcją lamp, nawet silników do byłego NRD, produkcją ślusarską, instalacji odgromowych – tego, co ja zacząłem robić. To była taka mała produkcja rzemieślnicza będąca uzupełnieniem usług.

Co Pan właściwie, czy raczej Pańska firma, początkowo robiła?

To był osprzęt do instalacji odgromowych, czyli wszelkie złącza krzyżowe, złącza rynienne, ocynkowane, z elementów miedzianych. Wcześniej miałem różne inne pomysły, brałem się za to, czego na rynku nie było. Jak nie było oranżady, to już się zabierałem, by tę oranżadę produkować. Jak nie było tworzyw, to już jakąś wtryskarkę ręczną kupiłem, by robić elementy tworzywowe. Ale to były pomysły, które szybko się pojawiały i jeszcze szybciej znikały. Ciągle poszukiwałem nowych rzeczy, które mnie by interesowały.

A kto był Pańskim klientem?

Jeden kanał dystrybucji to była produkcja na własne potrzeby, bo kładąc instalacje odgromowe, sam wykorzystywałem swoje produkty. Nie musiałem więc ich kupować. A drugi kanał dystrybucji był przez spółdzielnię – dla rzemieślników, którzy zajmowali się tą samą działalnością.

Zezwolenie na wykonywanie rzemiosła wydane przez Wydział Handlu i Usług Urzędu Miejskiego w Poznaniu Ekspozytura Wilda, 1 kwietnia 1978 r.
Zezwolenie na wykonywanie rzemiosła wydane przez Wydział Handlu i Usług Urzędu Miejskiego w Poznaniu Ekspozytura Wilda, 1 kwietnia 1978 r.

Nie było zatem tak, że miał Pan na przykład jakiś sklepik, w którym można byłoby te Pańskie wyroby kupić?

Nie, nie. Próbowałem nawet wystawiać się na targach, ale bez sukcesu. Główny kanał dystrybucji prowadził przez spółdzielnię. W pewnym okresie zacząłem produkować metalowe korytka kablowe do prowadzenia instalacji odgromowych. Kupiłem wtedy prasę krawędziową i na tej prasie, w zakładzie metalowym produkowałem. Zacząłem produkować też drzwi antywłamaniowe, metalowe, z wypełnieniem, z dobrymi zamkami. Takich drzwi wyprodukowaliśmy i zamontowaliśmy na pewno ponad sto.

A zamki też Pan robił?

Nie. Zamki kupowałem gotowe, profesjonalne.

Rozumiem, że działał Pan cały czas lokalnie?

Raczej tak, chociaż zdarzały mi się też jakieś takie prace w innych regionach Polski. Ale to raczej rzadko.

Wspomniał Pan o maszynach. Jakie maszyny były potrzebne przy tej działalności?

Nie zajmowałem się wtedy stolarstwem, tylko ślusarstwem, ale oczywiście maszyny były potrzebne. Na przykład zamówiłem – już nawet nie pamiętam nazwy miejscowości, w każdym bądź razie było to gdzieś niedaleko Kamienia Pomorskiego – prasę u rzemieślnika, który mi tej prasy nie zrobił i później dochodziłem sądownie pieniędzy, które mu wpłaciłem.

ZOBACZ TAKŻE: Szkolnictwo zawodowe jest bardzo ważne.

Te maszyny były proste, rzemieślnicze, nie do końca atestowane, na pewno nie do końca odpowiadające wymogom BHP. Ale to były – jak wspomniałem – proste maszyny. Jeżeli chciało się kupić jakieś maszyny wyprodukowane przez przedsiębiorstwo państwowe, to prywatny klient, taki jak choćby ja, nie miał szans – te maszyny były dla nas, rzemieślników, po prostu niedostępne.

Podobne problemy miały wtedy prywatne firmy także z zaopatrzeniem. Jak Pan zdobywał potrzebne surowce, komponenty, materiały?

Wie Pan, jedna sprawa to były kanały poprzez spółdzielnie, które załatwiały dla swoich członków surowce. Natomiast jakimś sposobem, polskim sprytem trzeba było nie kupować, tylko załatwiać. Pamiętam – to było w latach osiemdziesiątych – że potrzebowałem dwadzieścia ton stali profilu czterdzieści na dwadzieścia siedem. Musiałem pojechać do Bochni, za Krakowem i załatwić tę stal, odwiedzając panią w dziale zakupów z jakąś bombonierką. Takie były możliwości zakupu. Kto wykazał się większym sprytem i większą inwencją, ten miał ten surowiec, który jakoś zorganizował. To nie była forma normalnego zakupu rynkowego, tylko załatwiania, dojść, znajomości, kontaktów.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Ryszardem Balcerkiewiczem w rozdziale: Od garażu do mebli biurowych.