fbpx
Branża

Od garażu do mebli biurowych

Pracownicy warsztatu w Przeźmierowie (Ryszard Balcerkiewicz – pierwszy z prawej), początek lat 90.

Od garażu do mebli biurowych

Rozmowa z Ryszardem Balcerkiewiczem, właścicielem i prezesem Zarządu firmy Noti, założycielem Fabryki Mebli Balma.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r. Poniżej drugi rozdział tego wywiadu. Pierwszy rozdział można przeczytać tutaj: Szkoła życia

W tym swoim warsztacie zatrudniał Pan kogoś?

Najpierw byłem sam. Po miesiącu, może dwóch dostałem pierwsze zamówienie. To było u inwestora, który budował kurnik – trzeba tam było wykonać instalację elektryczną wewnętrzną, zrobić wykopy, doprowadzić kabel. I wtedy zatrudniłem dwóch pracowników. Później pojawiły się kolejne zamówienia. Z zamówieniami było wtedy trudno, ale to pierwsze zamówienie otworzyło mi drogę do tego, by zająć się następnymi tematami.

Jak się wtedy rekrutowało pracowników do prywatnej firmy?

Pierwszym moim pracownikiem był syn znajomej z osiedla, wtedy – student, aktualnie – dyrektor dużego zakładu. Do dzisiaj zresztą czasem się spotykamy. Rekrutacji jako takiej nie było, raczej szukało się wśród znajomych, jeden drugiego polecał. Czasem dawało się ogłoszenie do gazety, że szuka się pracownika.

Ludzie nie obawiali się pracować u – jak to wtedy się mówiło – prywaciarza? W socjalistycznych realiach prywatne firmy nie były specjalnie rozpieszczane przez władze. Limity zatrudnienia, represje podatkowe – jak choćby niesławne domiary, problemy w przydziałach surowców i tak dalej, i tak dalej. To wszystko powodowało, że na wszelką prywatną inicjatywę patrzono chyba jako na byty niezbyt stabilne.

Spotykałem się z rzemieślnikami starszymi, którzy prowadzili działalność dziesięć czy dwadzieścia lat przede mną, którzy przeszli przez okres głębokiej komuny. Oni siedzieli w jakichś piwnicach, bardzo bali się inwestować, bo mieli w głowach takie przeświadczenie, że ktoś przyjdzie i im to zabierze albo dołoży domiarem. Ja już byłem z takiego pokolenia, które otwarcie ryzykowało, bo nie pamiętałem tego okresu wcześniejszego.

A Pan jest który rocznik?

Ja jestem rocznik 1950. Natomiast z pracownikami – bo o nich Pan pytał – było tak, że trafiali się pracownicy bardzo dobrzy i trzeba było o nich zadbać, by ich w firmie zatrzymać. Niedawno nawet żegnaliśmy pracownika, który pracował u mnie trzydzieści lat, a zaczynał jeszcze w tych czasach, gdy zajmowałem się rzemiosłem. Byli to bardzo wartościowi ludzie, ale – nie oszukujmy się – większość do tego prywaciarza szła dlatego, że ich sytuacja zmusiła. Nagminne było pijaństwo w pracy, które trzeba było bardzo mocno tępić. No i kradzieże różne. Z tym miało się do czynienia praktycznie codzienne.

Pan też miał z tym do czynienia?

Miałem do czynienia, tak jest.

Pamięta Pan takie powiedzenie, popularne w latach siedemdziesiątych: „czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy”?

Oczywiście, że pamiętam.

Pewnie niejeden pracownik w sektorze państwowym tak właśnie postrzegał swoje obowiązki, tymczasem prywatny właściciel wymagał, a pracownik niekoniecznie chciał się tym wymaganiom podporządkować, zwłaszcza, jeśli wcześniej pracował w państwowym przedsiębiorstwie.

Na początku organizacji swojego zakładu rzemieślniczego sam pracowałem fizycznie, bo nie stać było mnie na to, aby zatrudnić pracowników i nie pracować. W związku z tym musiałem organizować zamówienia, musiałem załatwić towar, musiałem być na budowie i nadać tempo tej pracy, żeby ludzie za mną nadążyli. Rano rozdać pracę, potem jechać, coś tam załatwić, na koniec dnia jechać i skontrolować, więc ten nadzór przy tych kilku pracownikach był bezpośredni, właścicielski. Później, jak to się zaczęło rozwijać, to trzeba było zatrudniać następne osoby. Żona prowadziła księgę przychodów, wspierała mnie w księgowości, mimo licznych obowiązków domowych.

To jak wtedy wyglądał Pański dzień pracy?

Dla mnie dzień pracy się rozpoczynał o szóstej, najpóźniej o siódmej i kończył się o dwudziestej pierwszej, nawet dwudziestej drugiej.

A władze czy administracja skarbowa mocno Panu zalazły za skórę?

No cóż, kontrole z urzędu skarbowego były. I to kontrole dość restrykcyjne, niespodziewane. Muszę powiedzieć – byli ludzie, dzisiaj też się tacy zdarzają, którzy naciągali, ale jeżeli ktoś był nastawiony na to, by rzetelnie prowadzić firmę i nie działać na pograniczu prawa, to raczej problemów nie miał. Ja zawsze starałem się być w zgodzie z prawem i prowadzić uczciwie działalność, więc takie przypadki mi się raczej nie zdarzały.

Naprawdę nie miał Pan żadnych pokus? Ówczesny system gospodarczy jakby wręcz sam się prosił, by wykorzystywać wszystkie jego absurdy i nienormalności.

Jedyny przykład takiego działania na pograniczu prawa to była następująca sytuacja. Znalazłem Polaka, który mieszkał w Szwecji i dla niego produkowałem elementy stolików komputerowych. Wymiana dolarów na złotówki – tutaj rzeczywiście było działanie na pograniczu prawa, bo kupując trzeba było mieć dolary, a tymi dolarami nie można było handlować, bo trzeba było mieć bony. To wszystko było nienormalne, bo w każdej chwili mogli się zapytać, skąd mam te dewizy. A dewizy można było wymienić tylko przez Remex.

Świadectwo ochronne nr 46328 na wzór użytkowy pt. „Stolik do sprzętu mikrokomputerowego”, wydane 4 stycznia 1990 r.
Świadectwo ochronne nr 46328 na wzór użytkowy pt. „Stolik do sprzętu mikrokomputerowego”, wydane 4 stycznia 1990 r.

Wspomniał Pan wcześnie, że należał do cechu…

…do cechu należałem, działałem w strukturach cechu, w swoim czasie byłem nawet wiceprezesem spółdzielni elektrotechnicznej.

Ale przynależność do cechu była przecież obowiązkowa?

Przynależność do cechu była obowiązkowa, do spółdzielni – już nie, ale warunki gospodarowania w Polsce, jakieś przetargi, dostęp do zamówień – wszystko to było tak zorganizowane, że większość rzemieślników należała do spółdzielni ze względu na możliwość zaopatrzenia materiałowego.

Czy w czasie, gdy zakładał Pan swój pierwszy zakład, czyli pod koniec lat siedemdziesiątych, rzemiosło w Poznaniu było silne? Dużo było prywatnych zakładów, warsztatów?

Przede wszystkim – i to chyba najważniejsze – to środowisko rzemieślnicze było bardzo zintegrowane. Raz – co przed chwilą powiedziałem – że trzeba było się łączyć w celach zakupu surowca. A dwa – również na polu zawodowym. Pamiętam z tamtego okresu bardzo dużo przyjaźni, bliskie relacje, szczególnie poprzez cechy, ale także poprzez spółdzielnie, różne wycieczki, wyjazdy, uroczystości, sztandary cechowe. Pamiętam, że duma, że się jest rzemieślnikiem, nawet w tych socjalistycznych warunkach, była bardzo mocno pielęgnowana przez samych rzemieślników. Dla mnie wszystko to stanowiło istotną wartość. Cechy spełniały rolę integracyjną, organizowały szkolenia, reprezentowały rzemieślników na zewnątrz, wspierały w relacjach z rozmaitymi urzędami. Dzisiaj, gdy przynależność do cechu nie jest obowiązkowa, wielu rzemieślników nie należy, bo nie odczuwa takiej potrzeby.

A czy w latach 1980-81 angażował się Pan w „Solidarność”? Chodzi mi oczywiście o NSZZ Indywidualnego Rzemiosła „Solidarność”, związek zawodowy skupiający rzemieślników, zarejestrowany 9 czerwca 1981 roku, po wielu miesiącach starań, przez Sąd Wojewódzki w Warszawie?

Nie. Z tego, co pamiętam, to poznańskie rzemiosło chyba nawet nie miało takich struktur. Ja na pewno nie uczestniczyłem w takich strukturach. Nie było jakiegoś ruchu oddolnego, by walczyć… Oczywiście, jeśli chodzi o ustawodawstwo, to szczególnie izby rzemieślnicze były po to, by swoje potrzeby artykułować, z dość marnymi zresztą skutkami. Ale jakiś głos rzemiosła czasem był potrzebny – nie wiem, czy ze względów formalnych, czy czysto taktycznych z tym rzemiosłem w Polsce, w jakiś sposób się liczono. Podobnie zresztą jak z rolnictwem, także w dużej części prywatnym. Pewnie dlatego też w latach dziewięćdziesiątych szybciej wyszliśmy z tego dołka i ludzie mentalnie byli przygotowani do tych zmian, do transformacji.

Powiedział Pan, że początkowo pracował Pan sam fizycznie, bo nie stać było Pana na to, aby zatrudnić pracowników i nie pracować. A czy pamięta Pan moment, w którym zaprzestał Pan pracy fizycznej na rzecz zarządzania firmą?

To był rok 1988. Firma istniała już dziesięć lat i rozpoczęliśmy produkcję stelaży do stolików komputerowych. Miałem już wtedy kierownika produkcji i zacząłem zajmować się sprawami organizacyjnymi i biznesowymi.

Pamięta Pan, jak wiele osób wtedy u Pana pracowało?

Myślę, że zatrudniałem wtedy kilkanaście osób.

A miał Pan w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych jakichś uczniów, czeladników?

Tak, tak, miałem, przeważnie dwóch-trzech. Niektórzy później zostawali w firmie, niektórzy odeszli.

W 1988 roku wymyślił Pan stolik komputerowy, który zapoczątkował produkcję mebli. Skąd ten pomysł?

Zanim zacząłem produkować meble, przez jakiś czas produkowałem metalowe elementy stolików komputerowych i sprzedawałem je do Szwecji. To mi dawało do myślenia, że coś jest na rynku, czego w Polsce nie ma.

Stolik komputerowy „SK-4”, pierwszy mebel zaprojektowany i wykonany przez Ryszarda Balcerkiewicza, 1988 r.
Stolik komputerowy „SK-4”, pierwszy mebel zaprojektowany i wykonany przez Ryszarda Balcerkiewicza, 1988 r.

Jak dobrze zrozumiałem – całość tej produkcji szła na eksport?

Tak, wszystko szło na eksport. Do Szwecji.

No właśnie. Bo tak przez moment mnie tknęło: po co stolik komputerowy w kraju, w którym – a to były przecież lata osiemdziesiąte – komputery należały jednak do rzadkości? Ale tym niemniej jakieś komputery – choćby ZX Spectrum, Commodore, Atari – były. Jak zatem wyglądał popyt na Pańskie stoliki komputerowe?

W 1988 roku pojechałem na targi do Kolonii i obserwowałem ten rynek mebli związany ze stanowiskami komputerowymi. Po powrocie zobaczyłem, co jest dostępne na rynku polskim. Dowiedziałem się, że w Bochni jest dostępny profil czterdzieści na dwadzieścia siedem, już o tym Panu zresztą wspominałem. Z tego profilu, inspirując się – nie będę ukrywał – tym, co widziałem na Zachodzie, skonstruowałem pierwszy, metalowy stolik komputerowy w dwóch wariantach: o szerokości sześćdziesiąt i siedemdziesiąt centymetrów, który miał podstawowe funkcje, czyli wysuwaną szufladę na klawiaturę, półkę na jednostkę centralną i półkę na monitor, w której można było regulować wysokość. Poszukałem kooperanta, który produkował formatki meblowe, w dwóch podstawowych kolorach: czarnym i… jeszcze jakimś, ale już nawet nie pamiętam, jaki to był kolor. Okazało się, że jest to strzał w dziesiątkę, ponieważ nie nadążałem z produkcją.

Ta produkcja odbywała się cały czas w warsztacie przy domu?

Tak, początkowo cały czas przy domu. Miałem już wtedy kilkunastu pracowników. Zamówienia rosły: najpierw dwadzieścia sztuk, potem sto, potem dwieście sztuk. I ciągle kolejki…

Wejdę Panu w słowo. A kto zamawiał te meble? Kim byli klienci?

To były… docierałem wtedy ze swoją ofertą do ZUS-ów, do szkół. Jeszcze dzisiaj, jak jestem w ZUS-ie, to widzę, że moje stoliki gdzieś stoją. Widząc popularność tych stolików, otworzyłem na trzydziestu sześciu metrach kwadratowych pierwszy sklep w Poznaniu, przy ulicy Dąbrowskiego, gdzie te stoliki pokazywałem i sprzedawałem.

Czyli Pańskie stoliki komputerowe kupowały głównie firmy i instytucje?

Tak, ale też firmy prywatne. Często było tak, że ktoś kupił, powiedzmy w 1988 czy 1989 roku stolik komputerowy, dobrze mu się ten stolik sprawdzał, dobrze był obsłużony, on wracał do nas, kupował biurko, kupował jakąś szafkę w tej samej kolorystyce, w tej samej płycie. Tacy klienci to była wtedy podstawa biznesu. Poza tym, już chyba w 1992 roku, pokazałem je na targach meblowych w Poznaniu. Wcześniej to było bezpośrednie docieranie do potencjalnych klientów.

W przetargach też Pan startował?

Wtedy jeszcze nie było zamówień publicznych, zakupy odbywały się z wolnej ręki. Często instytucje kupowały komputery, a zapominały o stolikach komputerowych, w związku z czym na ostatnią chwilę kupowano te stoliki. To była wtedy szansa dla mnie.

Sądząc z liczby zamówień, o których Pan przed chwilą mówił, z całkiem niezłym skutkiem udawało się Panu do tych potencjalnych klientów dotrzeć? Aż trudno mi uwierzyć, że to wszystko produkował Pan w warsztacie przy domu.

Wiem Pan, dla mnie przeskok z dziesięciu czy dwudziestu sztuk do dwustu sztuk miesięcznie nie był jeszcze tak naprawdę jakimś poważnym problemem i mogłem sobie z powodzeniem poradzić również w tym miejscu. Natomiast, gdy w roku 1990 mój warsztat był już dla mnie za mały, a z kolei mój kooperant nie nadążał za mną z produkcją elementów meblowych, to musiałem szukać innych rozwiązań, aby iść do przodu.

Pierwsze logo Balmy, 1992 r.
Pierwsze logo Balmy, 1992 r.

Ile sztuk tego stolika produkował Pan miesięcznie?

Początkowo, w latach 1988-89 to było do dwustu sztuk miesięcznie. A na początku lat dziewięćdziesiątych – nawet do dwóch tysięcy miesięcznie.

To lekko licząc, wyprodukował ich Pan co najmniej kilkadziesiąt tysięcy?

Myślę, że tak.

Mamy zatem taką sytuację: produkcja Panu rośnie, warsztat staje się za mały. I co wtedy?

Bodaj na przełomie 1989 i 1990 roku wynająłem halę produkcyjną w upadającej firmie Wiepofama w Poznaniu. Tam wynająłem tysiąc metrów kwadratowych i wtedy zacząłem kupować pierwsze maszyny do produkcji elementów meblowych.

Znał się Pan na nich?

No, za bardzo to się nie znałem. Odwiedzałem wprawdzie targi i rozglądałem się za tym, co jest mi potrzebne, ale pierwszy zakup maszyny z Jaromy z Jarocina był nietrafiony, ponieważ kupiłem od razu dwustronną okleiniarkę wąskich płaszczyzn do PCV. Ale ponieważ firma nie mogła mi uruchomić tej maszyny, bo nie była ona jeszcze przystosowana do oklejania PCV – to był chyba jakiś pierwszy albo jeden z pierwszych prototypów – to szybko z pomocą prawnika wycofałem się z tej transakcji. Na szczęście pieniądze mi zwrócili i ostatecznie kupiłem na targach piłę pionową do rozkroju płyty i okleiniarkę wąskich płaszczyzn produkcji austriackiej.

W jakim stanie była hala po Wiepofamie?

Tam były wcześniej produkowane obrabiarki dla przemysłu metalowego i to była hala generalnie nieprzystosowana do moich potrzeb. Nie chciałem jednak specjalnie w nią inwestować, bo nie byłem jej właścicielem, ja ją tylko wynajmowałem. Proste przygotowanie, przeróbka bram, wjazdów – to tak, ale jednak bez większych nakładów.

A jak Pan na nią trafił?

To był taki okres, gdy dużo firm padało. Szukałem dogodnej lokalizacji, blisko Poznania, aby łączność z zakładem metalowym była dogodna…

Z zakładem przy domu?

Nie, nie. Przy domu był pierwszy zakład i on istniał od 1978 roku. Natomiast w 1988 roku kupiłem tysiąc metrów w Przeźmierowie w gminie Tarnowo Podgórne i później postawiłem tam zakład metalowy – dwieście metrów kwadratowych. Przy domu był już wtedy tylko magazyn i biuro. Na przełomie 1989 i 1990 wynająłem halę po Wiepofamie. Nawet już nie pamiętam, jak na nią trafiłem – czy to ktoś mi powiedział, że jest hala do wynajęcia, czy też może znalazłem ogłoszenie w prasie. Ten zakład metalowy funkcjonował do 1995 roku – gdy wybudowałem halę w Tarnowie Podgórnym, wyprowadziłem się i z Przeźmierowa, i z Wiepofamy.

Wrócę jednak do roku 1988. Zaczął Pan produkować pierwsze meble – stoliki komputerowe, a co z osprzętem? Zrezygnował Pan z produkcji?

To jeszcze cały czas produkowałem, bo miałem ciągle jeszcze maszyny do produkcji, ale już w bardzo wąskim zakresie. Produkcja stolików zdominowała jednak zdecydowanie produkcję osprzętu. A z usług typu elektrycznego, takich jak wykonywanie instalacji, już się wycofałem.

Czy to już była Balma, czy ciągle jeszcze Działalność Usługowo-Wytwórcza Ryszard Balcerkiewicz?

Do 1992 roku ciągle jeszcze firma nazywała się Działalność Usługowo-Wytwórcza Ryszard Balcerkiewicz. Nazwa Balma pojawiła się właśnie w 1992 roku.

To Pańskie wejście w branżę meblarską było – jak rozumiem – trochę przypadkowe. Pojawił się kontrahent ze Szwecji, to zaczął Pan produkować – najpierw elementy mebli, a później całe meble.

Tak. Przy czym do branży meblarskiej trafiłem w taki sposób, że kooperant, który mi robił formatki do stolików – a na każdy stolik trzeba było jednak wykonać te pięć płyt – na tyle za mną nie nadążał, że musiałem podjąć decyzję, co robić: albo szukać następnych kooperantów, albo robić to samemu. A ja już wtedy miałem pomysły na nowe meble biurowe – nie tylko stoliki komputerowe, ale także biurka, stoły, szafki. I podjąłem decyzję, by wynająć halę, kupić maszyny i robić produkcję samodzielnie.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Ryszardem Balcerkiewiczem w rozdziale: Poszukiwanie w genach