fbpx
Branża

Na dwa etaty w Izraelu

Jerzy Krzanowski, Nowy Styl.

Na dwa etaty w Izraelu

Rozmowa z Jerzym Krzanowskim, wiceprezesem Zarządu, dyrektorem inwestycji i zakupów, współwłaścicielem Grupy Nowy Styl.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r. Poniżej drugi rozdział tego wywiadu. Pierwszy rozdział można przeczytać tutaj: Ważne, kto zarządza

Dostał się Pan na studia, ale ich Pan nie rozpoczął, tylko poleciał Pan do Izraela. Kiedy to było?

25 lipca 1989 roku.

Zupełnie na wariata?

Tak, na wariata. Znalazłem sobie kumpla, który chodził ze mną do szkoły, o rok ode mnie młodszego, czyli on miał wtedy osiemnaście lat – nie wiem nawet czy skończone. Poszliśmy do ambasady Izraela po wizy.

Skąd się wziął pomysł, by lecieć do Izraela?

Bo nie było problemów z wizą. To znaczy wiza była tam potrzebna, ale nie było, co do zasady, problemów z jej otrzymaniem. I gdy dostaliśmy te wizy, pojechaliśmy – nawet nie wiem już, dlaczego wybraliśmy taką trasę – pociągiem do Katowic. Z Katowic pojechaliśmy innym pociągiem do Warszawy. Potem dostaliśmy się jakoś na lotnisko Okęcie. Ta podróż była cholernie męcząca. To było lato, jak dziś pamiętam: napchaliśmy konserw do plecaka. Pełne plecaki konserw. Zero języka. Nawet nie wiem, w jaki sposób mieliśmy zaplanowany nocleg. Ktoś nam chyba powiedział, że jest jakieś schronisko dla młodzieży i że tam można spać, zanim znajdziemy pracę. Z nikim nie byliśmy tam umówieni, że nam załatwi pracę.

I zawsze wtedy Pan tak jeździł na żywioł?

Podobnie miałem w Turcji. Gdy pierwszy raz pojechałem do Turcji, wysiadłem z samolotu i zobaczyłem to lotnisko w Istambule, olbrzymie – dzisiaj Istambuł jest dwa razy większy niż wtedy, ale i tak dwadzieścia kilka lat temu był to olbrzym – nie zabłądziłem tylko dzięki temu, że w samolocie leciałem z jakąś kobietą, która zobaczyła, że się kręcę po lotnisku i nie bardzo wiem, co z sobą zrobić, i powiedziała: „Chodź, bo tu po mnie przyjechali Turcy i zabiorą cię”.

Turcy? Jacyś jej znajomi?

Dostawcy. Zresztą oni mieli interes, by mnie zabrać, bo byłem ich potencjalnym klientem. No i zabrali nas do tego swojego sklepu. Szukałem wtedy hoteli, ale były za drogie. Podobnie było w Izraelu. Kiedy wysiadłem – zero języka, zero wszystkiego. Myślę: „Jak ja sobie tutaj poradzę?”. W jaki sposób żeśmy się wtedy dostali do tego schroniska młodzieżowego? Wie Pan, zupełnie nie mam pojęcia. Przecież myśmy się kompletnie nie potrafili dogadać. Po pierwszej nocy w tym schronisku, w którym w ogóle nie było śniadania, poszliśmy do jakiegoś hostelu, spaliśmy w tym hostelu kilka dni na dachu. Nie pamiętam już nawet ile.

Chwila, chwila. Spaliście Panowie… na dachu?

W tym hostelu pokoje były dwunastoosobowe i tam był taki – za przeproszeniem – smród, taki brud, dwanaście osób na piętrowych łóżkach, dlatego wybraliśmy noclegi na dachu.

Nie miał Pan żadnych pieniędzy?

Trochę miałem, ale nie wiem, dlaczego nie wziąłem ich więcej, pewnie założyłem, że ileś tych pieniędzy potrzebuję, a potem znajdę pracę. Po co zatem z sobą brać pieniądze, to jest niebezpieczne. A myśmy przecież zarobili wcześniej dość dużo kasy. No i pamiętam, że potem poszliśmy na plażę, bo stwierdziliśmy, że jak mamy płacić za hostel i spać na dachu, to lepiej będzie spać na plaży.

A długo nocowaliście na plaży?

Dwie noce. Dwie noce spaliśmy na plaży i akurat sąsiad, który pracował w Izraelu, przez przypadek nas tam spotkał.

Sąsiad z Krosna?

Sąsiad z Turaszówki, z Krosna. I powiedział: „Kurde, jak wy tu macie spać na plaży, to chodźcie do nas, przecież my tam mieszkamy, doczepicie się, spróbujemy wam pomóc znaleźć robotę, znajdziecie pracę, to sobie pójdziecie do jakiegoś innego mieszkania”. Z tą pracą nie było jednak tak całkiem łatwo i myśmy wtedy stwierdzili, że zamiast mieszkać w tyle osób razem w tym mieszkaniu, lepiej pójść spać na balkon. I ja razem z tym kumplem spaliśmy na balkonie.

Duży to był balkon?

Nie był duży, nie był szeroki. Ja go do dziś pamiętam. Ale to było rewelacyjne spanie, dlatego że w środku bez klimatyzacji było strasznie gorąco, a jednak w tym klimacie noce są chłodniejsze i tam rzeczywiście w nocy robiło się bardzo fajnie.

Długo na tym balkonie Pan spał?

Pięć tygodni. Ja te noclegi bardzo dobrze wspominam – miałem śpiwór, który przywiozłem z Polski. Spało się tam bardzo dobrze, tylko że mieszkanie było niedaleko lotniska Ben Guriona, więc koło piątej rano człowieka budził pierwszy startujący samolot. Poza tym było tam naprawdę fajnie. Potem, jak znalazłem pracę, to poszedłem już mieszkać gdzie indziej.

A co to była za praca, którą Pan znalazł?

To była restauracja Alexander, wtedy to była najlepsza niekoszerna restauracja w Tel Awiwie. Potem rozwinęła się do sieci kilku restauracji w różnych punktach, a jak byłem ostatnio – no, może nie ostatnio, raczej jakiś czas temu – i kolejny raz chciałem ich odwiedzić, okazało się, niestety, że zamknęli ją. W tym miejscu był już jakiś supermarket. Pewnie zbankrutowali.

Czy w czasach, gdy Pan tam pracował, restauracja zatrudniała dużo pracowników?

To była bardzo duża restauracja. To była restauracja, która zatrudniała kilkadziesiąt osób. Oni tam rozbierali od podstaw – kupowali jakieś półtusze i obrabiali je we własnym zakresie. Ale we własnym zakresie robili też dodatki, choćby majonez. Koncept był niezły, ale to generowało zatrudnienie na poziomie – hmmm, łącznie z kelnerkami – na pewno ponad sto osób. To była restauracja czynna bardzo, bardzo długo, a zaczynała pracę od śniadania. Czyli zaczynała bardzo wcześnie rano, a kończyła o pierwszej, drugiej, czasem o trzeciej w nocy.

Pracownicy byli miejscowi, czy też tak jak Panowie – z zagranicy?

Tam było troje Polaków, głównie jednak byli Arabowie, no i zarządzali tym Żydzi. Ale najwięcej było Palestyńczyków. Ja tam kojarzę ostatnio… Też niesamowita historia. Dwa tygodnie temu, będąc w Warszawie i idąc na ulicę Hożą do… Nie pamiętam nazwy tego izraelskiego baru, ale chciałem tam zjeść falafel czy shoarmę. I widzę tam gościa, który to sprzedaje, zagadałem go trochę, ale on coś nie za bardzo mówił po polsku, więc odezwałem się po hebrajsku – okazało się, że gdy ja skończyłem pracę w tej restauracji i wyjechałem z Izraela do Polski w październiku 1990 roku, to on rozpoczął pracę jako kucharz w tej samej właśnie restauracji, w styczniu następnego roku.

To rzeczywiście piękna historia, zwłaszcza że zapewne pracował z ludźmi, z którymi kilka miesięcy wcześniej Pan pracował.

Dokładnie tak. I wspominał tych ludzi, którzy tam wtedy pracowali: takiego Jurka – później ożenił się z Żydówką i został w Izraelu, Staszka – niestety, już świętej pamięci. Właściciele jechali głównie na Palestyńczykach. Ludzie tacy jak my byli dla nich trochę amortyzatorem, że jak zamkną granicę ze względu na Intifadę czy cokolwiek innego, to będą mieć mniejszy problem.

Jaka była ta praca? Domyślam się, że nielekka.

To była ciężka harówka, w trudnych warunkach, bo tam nie było żadnej rewelacji. Mieszkałem potem w innym mieszkaniu, z różnymi Polakami. Ja często pracowałem w nocy, bo na przykład restauracja kończyła pracę o drugiej i chcąc dorobić, brałem sobie nockę, czyli generalnie sprzątanie, przygotowanie do kolejnego dnia – chociaż w tej restauracji było bardzo czysto, właściciele tego skrupulatnie pilnowali. Często kończyłem o szóstej-siódmej rano, a o trzynastej zaczynałem.

Paszport Jerzego Krzanowskiego – wiza do Izraela.
Paszport Jerzego Krzanowskiego – wiza do Izraela.

No, to bardzo się Pan wysypiał – nie powiem. Odliczając przejazdy, było tego pewnie ze cztery godziny.

Gdzieś tyle. Szedłem spać, a ponieważ wtedy był szabas, największy ruch był z piątku na sobotę i potem cały szabas był duży ruch, bo goście sobie wtedy pili, to w ogóle nie mogłem zasnąć i szedłem ponownie do roboty na kilkanaście godzin. Po kilkunastu godzinach. To był ciężki okres, ale to był okres, kiedy człowiek się nauczył tego szacunku do pracy, że pieniądze nie są takie łatwe. Dzisiaj, gdy wszyscy narzekają, jak mają przeżyć za dwa tysiące złotych – nie mówię, że to jest łatwe i lekkie – ale nie narzekam i wcale nie żałuję tych ludzi, którzy wyjeżdżają za granicę, bo dzisiaj są kompletnie inne warunki – oni pracują w Europie legalnie – i to ich nauczy czegoś: pewnego szacunku do pracy, jak się pracuje, jak życie wygląda, a nie tylko wyłącznie być w kraju, gdzie jest pełna ochronka i tylko ręce wyciągać do państwa: daj mi to, daj mi to, daj mi to.

Podsumujmy: piętnaście miesięcy pobytu w Izraelu. Pewnie ta organizacja pracy, zwłaszcza gdy pamiętało się, jak to wyglądało w PRL-u, dała Panu do myślenia.

Wie Pan, na pewno. Przy czym ja nie znałem organizacji pracy w PRL-u, bo w PRL-u nie pracowałem.

Ale w barach czy restauracjach w Polsce Pan bywał, zatem mógł Pan porównać.

Oczywiście, tak. Poza tym pamiętam puste półki, kolejki społeczne i podpisywanie list, by kupić telewizor, rower albo cokolwiek innego – to tak.

Może teraz ja coś Panu opowiem. Bodaj w styczniu 1982 roku, kilka tygodni po wprowadzeniu stanu wojennego, rodzice zapisali mnie w kolejkę po buty zimowe. Coś tam wybrali, podali numer i… czekamy. Czekamy miesiąc. Czekamy drugi miesiąc. Czekamy dalej. Te buty, owszem, rzucili do sklepu, ale w listopadzie. W ciągu tych dziesięciu miesięcy noga mi jednak na tyle urosła, że buty były już za małe…

Ha ha, no tak, tak to wtedy wyglądało.

Na szczęście, bo buty były koszmarnie brzydkie.

Wie Pan, to, czego mi najwięcej dał wtedy Izrael, to to, że pracowałem średnio trzysta dwadzieścia godzin miesięcznie w restauracji plus pięć sprzątań, co razem dawało trzysta siedemdziesiąt godzin pracy w miesiącu.

Czyli można powiedzieć, że obrabiał Pan praktycznie dwa etaty?

Tak, to dwa etaty, ale jak popatrzy Pan na czas dojazdu – nie pamiętam, ile; czterdzieści pięć minut dojeżdżałem do pracy? Jakoś tak – czterdzieści pięć minut tam i czterdzieści pięć minut z powrotem. Rzeczywiście, tak jak mówiliśmy, niewiele czasu zostawało mi na spanie.

Oczywiście – żadnych urlopów nie było?

A właśnie, że nie. Średnio miałem jeden dzień w miesiącu wolny. Jeden dzień tylko. A zdarzało mi się, że przez czterdzieści osiem godzin nie zaliczyłem ani godziny snu. To mnie nauczyło tego, że ja się pracy nie bałem. Ja się zresztą nigdy nie bałem pracy, bo mieliśmy jakieś gospodarstwo rolne, trzeba było coś robić, plewić, kopać ziemniaki.

To rodzice mieli jakieś dodatkowe gospodarstwo rolne?

Babcia miała. Nieduże. Ale to było na takiej zasadzie, że czasem zamiast kopać piłkę trzeba było tam pracować, coś pomóc. Nie narzekam na pracę zagranicą, bo pracodawcy nie byli jakimiś psychopatami, była normalna atmosfera, ale praca nie była lekka i to była długa praca. Czyli, żeby zarobić te pieniądze i te tysiąc dolarów miesięcznie odłożyć, trzeba było pracować tyle właśnie godzin.

Proszę powiedzieć, jakie w tej izraelskiej restauracji, w której Pan pracował, były stawki?

Zarobki wtedy były na poziomie od trzech siedemdziesiąt pięć do czterech dolarów za godzinę. Ze sprzątaniami szło zarobić tysiąc dwieście, tysiąc trzysta dolarów miesięcznie. Z tego dwieście-trzysta wydałeś na życie. Na tamte czasy to było niby dużo, ale po reformie Balcerowicza błyskawicznie okazało się, że to już była połowa z tego, a w chwilę później – dużo mniej.

Jak tak szybko liczę, to przywiózł Pan do Krosna piętnaście tysięcy dolarów.

Nie. Przywiozłem dychę. Byłem piętnaście miesięcy – to fakt, ale grubo ponad miesiąc nie pracowałem. Początki też były nie aż takie dobre – krócej pracowałem, gorsza była praca i płace, więc w sumie zostało mi dziesięć tysięcy.

A jak kontaktował się Pan z bratem podczas pobytu w Izraelu. On już wtedy był w USA?

Adam poleciał do Stanów po mnie. Sporo po mnie. To była wiosna 1990 roku. Dużo kontaktów było tradycyjnych – listownych. Później, bo wiadomo, że w takich mieszkaniach, jak to, w którym mieszkałem, nie było telefonów, nie miałem możliwości odebrania od nikogo telefonu, mogłem co najwyżej pójść i do kogoś zadzwonić. Kompletnie nie pamiętam kontaktów telefonicznych z Adamem, natomiast pamiętam, że zawsze dzwoniłem do mamy. Średnio raz w miesiącu – i to nawet nie do mamy, bo w domu też nie mieliśmy telefonu, tylko do sąsiadki.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Jerzym Krzanowskim w rozdziale: Pomysł z formatu A4