fbpx
Branża

Pomysł z formatu A4

Targi „Meble” w Poznaniu, od lewej: Henry Stern, Jerzy Krzanowski, Ronald Stern, Adam Krzanowski, 1998 r.

Pomysł z formatu A4

Rozmowa z Jerzym Krzanowskim, wiceprezesem Zarządu, dyrektorem inwestycji i zakupów, współwłaścicielem Grupy Nowy Styl.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r. Poniżej trzeci rozdział tego wywiadu. Drugi rozdział można przeczytać tutaj: Na dwa etaty w Izraelu.

Mamy październik 1990 roku. Wraca Pan do kraju.

Tak, to był koniec października. Chyba 30 października wróciłem do Polski.

Zarobione pieniądze przywiózł Pan w jakiejś kopercie?

Nie, wie Pan, jak to było? W takich warunkach jak tam, ja nie byłbym w stanie trzymać tych pieniędzy. Tam trzeba było na czarnym rynku kupić od koników za szekle dolary. W Tel Awiwie był oddział banku Pekao SA i tamtędy przekazywałem te pieniądze. Tam się płaciło jakąś prowizję, więc, jak ktoś z Polaków wracał, to przekazywało się czasem pieniądze przez taką osobę. Jednak lepiej było zbyt dużych pieniędzy nie mieć przy sobie, bo te kontrole przy wyjeździe były bardzo skrupulatne. Zawsze każdy miał kontrolę osobistą.

Wrócił Pan do kraju i założył Pan własny biznes – kawiarnię przy basenie.

Pamiętam, że jak przyleciałem, to wyjechał po mnie wujek samochodem i po drodze, w Warszawie, kupiłem video. Jedyny luksus, na który sobie pozwoliłem za tych piętnaście miesięcy ciężkiej pracy.

Dzisiaj już chyba mało kto pamięta, co to był VHS…

Dokładnie, dokładnie.

Ja jeszcze mam magnetowid, aczkolwiek ma on już chyba kilkanaście lat.

Ja też mam, żeby odtwarzać choćby stare kasety, bo ileś tam kaset mam ponagrywanych: wesela, nie wesela, inne uroczystości. I jak tego nie przerzuci się na jakiś nośnik cyfrowy, to jest problem.

Ale jak nam padną te magnetowidy, to nie wiem, czy jeszcze znajdzie się ktoś, kto to naprawi…

Tak naprawdę najlepiej byłoby te kasety zgrać na jakąś formę cyfrową.

No, ale trochę odbiegliśmy… Wujek wiezie Pana z lotniska Okęcie do Krosna…

Tak, przyjeżdżamy i trzeba byłoby zacząć robić jakieś interesy. Na początku 1991 roku, to był luty lub marzec, wynająłem pomieszczenie przy basenie i otworzyłem taką kawiarnię-bar, fast food bardziej: frytki, hamburgery, jakaś odmrażana pizza. Od tego zacząłem. Całkiem nieźle ten lokal funkcjonował, tylko to była taka praca, że od piątej-szóstej trzeba było jeździć po hurtowniach, bo otwieraliśmy o ósmej czy dziewiątej. I ja tam siedziałem do dziesiątej w nocy, gdy to już się zamykało. O dziesiątej w nocy ostatni ludzie wychodzili z basenu, czekaliśmy aż ci ludzie wyjdą, co się nie sprzedało trzeba było zwinąć i zamykamy.

Sam Pan tam pracował?

Mama pomagała, czyli jak przychodziła z huty – bo ciągle jeszcze pracowała w hucie szkła – to szła do mnie z mamą kolegi. I jak one przyszły po pracy, po obiedzie o czwartej-piątej, to miałem tych parę godzin luźniejszych. Ciężka praca, ale to były mniej więcej podobne pieniądze, które zarabiałem w Izraelu.

Innych biznesów Pan wtedy nie próbował?

Próbowałem. Potem z kolegą Adama, bo Adam z nim jeździł do Szwecji na zbieranie truskawek, otworzyliśmy wypożyczalnię sukien ślubnych i pośrednictwo w handlu nieruchomościami – jako w ogóle chyba pierwsi w Krośnie.

Ale bar przy basenie cały czas istniał?

Tak. Jednak te nowe pomysły okazały się kompletną klapą. Nie powiodły się i zamknęliśmy interesy, bo jeszcze na pośrednictwo w handlu nieruchomościami ludzie mentalnie nie byli gotowi. Dzisiaj w Krośnie są trzy czy cztery agencje pośrednictwa w handlu nieruchomościami i każdy z tego jakoś żyje. Wtedy pewnie, gdybyśmy się tylko w to zaangażowali, to pomału, pomału może by jakoś to zaczęło funkcjonować. Ale ludzie byli przyzwyczajeni, że sprzedaż jest na zasadzie: jeden sprzedaje, drugi kupuje i nie ma żadnych pośredników. Te suknie ślubne podobnie – wtedy każdy chciał mieć suknię, a dzisiaj większość tych sukni jest wypożyczanych, bo po jaką cholerę ci po weselu suknia ślubna. Ale tam na szczęście były włożone jakieś nieduże pieniądze.

Wrócił Pan zatem do kawiarni?

Tak. Ale potem, siedząc cały czas w tym biznesie kawiarnianym – ja sobie to nazwałem: restauracja Alexander, tak jak nazywała się restauracja w Izraelu, w której pracowałem – cały czas szukałem jakiegoś innego biznesu. Wiedziałem, że Adam będzie wracał i też będzie chciał coś robić, że też przywiezie z dychę czy kilkanaście tysięcy dolarów, więc jakaś gotówka się pojawi. Zarobiłem trochę pieniędzy na tej kawiarni, więc można powiedzieć, że w sumie mieliśmy te trzydzieści tysięcy czy dwadzieścia kilka tysięcy dolarów.

Wie Pan, to była wtedy chyba zupełnie niezła sumka. Można w każdym razie było myśleć o jakimś swoim przedsięwzięciu. Kwestia tylko znalezienia pomysłu na biznes.

Podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych Adam w pewnym momencie zaczepił się w firmie Whyte. I już pod koniec pobytu w Stanach przysłał mi zdjęcia, bo tam nie mieli nawet katalogów, tylko takie duże zdjęcia formatu A4 tych rzeczy, które tam robili. To były krzesła kawiarniane. Ramy były metalowe, chromowane bądź lakierowane, robione we Włoszech lub w Kanadzie. Później to wszystko zjeżdżało do USA i tam dorabiali siedzisko, czasem siedzisko i oparcie, czasem podłokietniki, w zależności od tego, jaki to był model. Tak naprawdę wycinali płytę wiórową, cięli gąbkę, materiał tapicerski i mieli gotowe krzesła, które sprzedawali.

Przysłał zatem Panu te zdjęcia i poprosił, by sprawdził Pan, czy w Polsce można na tym zarobić?

Zobaczyłem te zdjęcia i pojeździłem po sklepach. Pamiętam jak dziś wizytę w salonie Meble Polskie, zresztą Basia Szydło, która jest właścicielem, do dziś o tym pamięta i wspomina moją wizytę. I powiedziałem Adamowi, że to może być w Polsce biznes. Że spróbujmy.

Amerykańscy pracodawcy brata nie mieli nic przeciwko temu pomysłowi?

Adam porozmawiał wtedy z Henry Sternem, właścicielem Whyte i jego synem Rolandem – dzięki Bogu obaj żyją, Roland tym się teraz bardziej zajmuje, bo Henry jest już na emeryturze – powiedział im, że i tak będzie wracał do Polski, i spytał, czy by nie pomogli w rozkręceniu biznesu w Polsce.

To był jeszcze rok 1991 czy już 1992?

Dobre pytanie. Wie Pan, to był albo koniec 1991 roku, albo początek 1992, bo pamiętam, że jak Stern przyjechał do Warszawy, gdzie się spotkaliśmy, to była zima, było strasznie zimno. W maju była już zarejestrowana firma, już były wynajęte pomieszczenia i przygotowywaliśmy to wszystko pod produkcję. Już w czerwcu przyjechały ramy metalowe z Włoch, już mieliśmy płytę kupioną, budynek był gotowy.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Jerzym Krzanowskim w rozdziale: Z hali po nawozach w świat.