Branża

Dwa pisma od wojewody

Ryszard Rychlik: pierwsza zagraniczna rozmowa z telefonu bezprzewodowego, Włochy 1993 r.

Dwa pisma od wojewody

Rozmowa z Ryszardem Rychlikiem, współzałożycielem i wieloletnim prezesem Zarządu firmy Profim.

Reklama
Banner All4Wood 2024 - 750x100

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej dziesiąty rozdział tego wywiadu. Dziewiąty rozdział można przeczytać tutaj: Tydzień czekania na połączenie z Tajwanem

Szukając komponentów jeździ Pan do Włoch. Na miejscu okazuje się, że niektóre drzwi są przed Panem zamknięte, bo wyłączność na współpracę ma Nowy Styl. Co w związku z tym Pan robi?

Bardzo nam zależało, by mieć komponenty z dobrego źródła. A we Włoszech takim dobrym źródłem była firma Brado, największy producent plastików. Kupowaliśmy od nich komponenty, ale przez pośrednika, czyli mieliśmy ceny średnio o dziesięć procent wyższe. Doszliśmy do wniosku, że skoro Nowy Styl rozpoczął produkcję przed nami i specjalizuje się w masowej produkcji krzeseł, to musimy znaleźć na to antidotum.

I – jak się domyślam – znaleźliście je. Jakie zatem było to antidotum?

Mój pomysł był następujący: promujmy Profim jako markę trochę lepszą jakościowo, o lepszym designie. Zaczęliśmy zatem kupować komponenty w innej firmie i składać krzesła z komponentów trochę lepszych, lepiej zaprojektowanych. Nie da się ukryć, że były to droższe komponenty, ale inaczej byśmy drożej naszych krzeseł nie sprzedali.

A nie było to takie trochę dorabianie ideologii?

W żadnym wypadku. Nie dorabialiśmy ideologii, to, o czym Panu powiedziałem miało pokrycie w faktach. Już wtedy próbowaliśmy budować nasz brand jako trochę wyższy od Nowego Stylu.

Z jakim skutkiem?

Przez lata nam się to udawało. Co prawda Profim wtedy to nadal była tylko tapicernia i montaż krzeseł, a nasze inwestycje nie były inwestycjami w formy do produkcji, bo przecież komponenty i plastiki pochodziły z Włoch, natomiast tapicerowanie było nasze. Zresztą, skoro już mówię o tapicerowaniu, to musi Pan mieć świadomość, że z tym też nie było tak łatwo. W czasie gdy we Włoszech szukałem źródeł komponentów, miałem świadomość, że musimy dysponować maszyną tapicerską. A ponieważ Włosi oprowadzali mnie po swojej tapicerni i pokazywali, jak oni to robią, to szedłem po produkcji i po prostu starałem się zapamiętać, jak ta maszyna wygląda, by później wrócić do kraju i ją skonstruować.

Jak to skonstruować? A nie kupić?

Kupić się nie dało, bo jak w Polsce kupić taką maszynę? Na Zachodzie – owszem, ale wpadłem na inny pomysł. Jak Pan pamięta przez wiele lat pracowałem w Mirandzie. Przypomniałem sobie zatem, że w Mirandzie jest główny mechanik, zresztą mój kolega i że oni mogliby usługowo nam zrobić taką maszynę. Bo tam jest prosty siłownik, jest stół obrotowy, w sumie – nic wielkiego. Poszedłem do głównego mechanika i mówię: Słuchaj Rysiu, musisz mi skonstruować taką maszynę tapicerską. Najpierw jedną – na próbę, a jak będzie działała, to potem zrobimy kilka kolejnych.

Nie był zdziwiony Pańską propozycją?

Zupełnie nie. Powiedział tylko: No to zrób jakiś rysunek, przynieś, to spróbujemy. Ja na to: Daj mi kartkę papieru, to ci od razu narysuję. Tak patrzy na mnie trochę zaskoczony, a ja oczywiście odtwarzałem wszystko to, co widziałem we Włoszech. Bo – mówiłem o tym Panu – jak szedłem, to starałem się wszystko zapamiętać: stół na wysokości mojego pasa, ten element na tej wysokości, tamten – na tej wysokości. I wszystko co zapamiętałem, to na podstawie mojego ciała – szerokości bioder, wysokości pasa, wysokości podbródka i tak dalej, i tak dalej – mniej więcej mu narysowałem. I on jakąś maszynę mi zespawał. Był to prototyp, zrobiliśmy pierwsze próby.

I działało?!?!

Ta maszyna pracowała u nas przez wiele lat, na podstawie tego prototypu zrobiliśmy doskonalszą drugą, potem trzecią i tak wszystkie maszyny tapicerskie powstawały z mojej pamięci i mojego szpiegostwa we Włoszech.

Przy okazji odkrył Pan swoje ciało jako nową jednostkę miary…

Dokładnie. No i kupowaliśmy tkaniny osobno i tapicerowaliśmy. A przy okazji pojawiła się kolejna kwestia: po co te wygięte rury na płozy czy blachy kupować gdzieś we Włoszech, może w Polsce poszukamy producenta. I rzeczywiście, w Turku był wtedy zakład metalowy, który nazwał się Zakład Elementów Automatyki i który wówczas produkował bardzo precyzyjne rzeczy, osprzęt dla Rometu: gaźniki, elementy sprzęgła, robili też jakieś cewki. W końcowej fazie mieli problemy, zaczęli dodatkowo produkować gaśnice do Poloneza, ale ponieważ Romet popadł w tarapaty, to oni mieli coraz mniej pracy.

Pańska propozycja spadła im chyba jak z nieba?

Oni bardzo chętnie wzięli od nas zlecenie na te elementy metalowe, szczególnie wygięte rury w postaci stelaży. Co prawda szefem był tam wtedy mój dobry kolega, który odszedł z Mirandy, ale powiem Panu szczerze, że dogadywaliśmy się przez pół roku.

Dlaczego?

Bo jak by nie kalkulowali, to zawsze wychodziło im dużo drożej niż we Włoszech. Ja mówię: Pokażcie mi tę kalkulację. I co się okazało? Otóż oni liczyli koszty po socjalistycznemu: materiały osobno, ale narzuty robocizny były horrendalne, bo wszystkie koszty wydziałowe, które wynikały z tego, że nie mieli produkcji chcieli utopić w naszym wyrobie.

I co? Zrezygnował Pan z nich, czy też przekonał do innej kalkulacji?

Wytknąłem im to i w końcu przyjęli mój sposób myślenia. I tak skalkulowali, że zaczęli produkować na nasze potrzeby coraz więcej elementów metalowych. Ba, zbudowali pierwszą giętarkę, bo nie stać ich było, by kupić nową. W momencie, kiedy już się rozpędzili z produkcją dla nas – pamiętam, że to był rok 1995 – dostałem list od wojewody konińskiego Marka Naglewskiego z zapytaniem, czy nie kupilibyśmy tego zakładu, bo chcą go sprywatyzować. Nawet nie odpowiedziałem wojewodzie na ten list.

Dlaczego? Wydało się to Panu wtedy abstrakcyjne?

Tak, kompletnie abstrakcyjne. Powiedziałem nawet wtedy: No zgłupieli. Po co kupować restaurację, jak człowiek chce zjeść obiad? To jakieś szaleństwo. I ta współpraca tak dalej trwała, myśmy w Dzierżąznej nadal tapicerowali i składali krzesła. Nie, przepraszam – nie w Dzierżąznej, tylko w Mirandzie. Ponieważ oni zmniejszali produkcję, to wynajęliśmy od nich jedną halę.

Dużą?

Niedużą: trzysta-czterysta metrów. Plus osobny budynek na skład celny komponentów, bo odprawa kosztowała, więc wystaraliśmy się o pozwolenia na skład celny, w związku z czym nie płaciliśmy cła przy wwozie do Polski, tylko dopiero przy wyjęciu ze składu celnego. I w Mirandzie montaż tapicerowanych krzeseł tak sobie trwał, ale pod koniec roku – to był albo koniec listopada, albo początek grudnia 1995 roku – dostałem drugie pismo.

Znowu od wojewody?

Tak, od wojewody. Podobnej treści – by kupić ten zakład metalowy. Wówczas zakład zatrudniał sto dwadzieścia parę osób, szczątkowa produkcja gaśnic, ludzie siedzieli, nie mieli co robić, zresztą ta nasza ówczesna produkcja – nie oszukujmy się – też była dla nich szczątkowa. Tak się złożyło, że następnego dnia po otrzymaniu listu zobaczyłem w lokalnej gazecie ogłoszenie urzędu skarbowego o licytacji maszyn z tego zakładu. Powiedziałem wtedy, że sprawa się robi poważna, bo tracimy nasze źródło zaopatrzenia w elementy metalowe. Że nie możemy tego tak sobie zostawić.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki