Branża

Byliśmy fanami ustawy Wilczka

Ryszard Rychlik i początki firmy Profim, siedziba w Dzierżąznej, lata 90.

<em>Byliśmy fanami ustawy Wilczka</em>

Rozmowa z Ryszardem Rychlikiem, współzałożycielem i wieloletnim prezesem Zarządu firmy Profim.

Reklama
Banner All4Wood 2024 - 750x100

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej siódmy rozdział tego wywiadu. Szósty rozdział można przeczytać tutaj: Zemsta towarzysza sekretarza

Zamiast emigracji do Kanady nastąpił powrót do Mirandy. No właśnie: jak wyglądało to Pańskie wejście do zakładu pracy po powrocie z internowania? Powitały Pana oklaski czy gwizdy?

Wie Pan, ja tego kompletnie nie pamiętam.

Był Pan traktowany jak bohater czy jak trędowaty?

Hmmm… Nie, nie, trędowaty – nie. Myślę, że ludzie raczej z sympatią podchodzili do tego, w czasie internowania bardzo dbali o moją rodzinę, pomagali jej, angażowało się w to wielu lokalnych działaczy, w tym lekarze.

Chociaż – jak Pan wspomniał – ani rodzina, ani znajomi do 30 grudnia nie wiedzieli, co się z Panem dzieje…

W Sylwestra przyjechała żona z moim ojcem na widzenie. Później nie wiedzieli też, że nas wypuszczają. Wróciłem, trzeba było iść do pracy. Dyrektor na dzień dobry powiedział, że absolutnie nie ma mowy o zwolnieniu mnie z pracy. Nota bene parę miesięcy po zwolnieniu z internowania zostałem awansowany na kierownika.

Bez problemu odnalazł się Pan po powrocie z internowania w pracy?

Tak, ja się w tej pracy wyżywałem. Stworzyliśmy duży ośrodek obliczeniowy, jedyny wtedy w województwie konińskim, świadczyliśmy usługi innym podmiotom, czyli trochę zarabialiśmy dla zakładu. I nie wiem, jak mi te następne lata zleciały, ale w 1989 roku odszedłem z Mirandy. W momencie, kiedy już system się walił, kiedy miałem przed sobą prawdopodobne awanse, bo już ta magia partii niekoniecznie działała, choć to było jeszcze przed wyborami 4 czerwca. Ale jeszcze nieco wcześniej, pod koniec 1988 roku – ponieważ miałem niewielki budynek gospodarczy w Turku – kolega, który znał się na dziewiarstwie zaproponował mi, abyśmy założyli w nim mały warsztat produkcji rajstop. Kupiliśmy stare, bardzo stare maszyny Bentley o dużym uigleniu, które mogły robić rajstopy i skarpety. Jedyną wadą było to, że były to nie cienkie, ale grube rajstopy, wzorzyste. Trzeba było je farbować, ale ten maleńki biznes zaczął się jakoś kręcić.

Koniec roku 1988, a dokładnie 23 grudnia, to pamiętna data dla polskiej przedsiębiorczości. Tego dnia uchwalona została ustawa o działalności gospodarczej, zwana od nazwiska jej pomysłodawcy ustawą Wilczka.

Wszyscy byliśmy fanami ustawy Wilczka.

Rozumiem jednak, że ten maleńki warsztat, o którym Pan wspomniał nie był pokłosiem tej ustawy?

Nie, nie. Myśmy go założyli wcześniej na zasadzie rzemiosła i był on zarejestrowany w Cechu Rzemiosł Różnych.

Ale rzemiosło wymagało spełnienia pewnych wymogów formalnych: żeby założyć warsztat trzeba było mieć dyplom mistrzowski, by kształcić uczniów potrzebne było zaświadczenie o kwalifikacjach pedagogicznych, a Pan zapewne tych papierów nie miał?

Rzeczywiście nie miałem. Wie Pan, ja już nie pamiętam, jak to było, być może ten mój kolega miał jakieś papiery. W każdym razie ja byłem jego wspólnikiem, koszty i zyski dzieliliśmy pół na pół, ale szczegółów już nie pamiętam. Mieliśmy ten warsztat i jakoś ten interes nam szedł.

Wspomniał Pan o wyborach 4 czerwca 1989 roku. Pan się w nie jakoś zaangażował?

Byłem na nich mężem zaufania z ramienia „Solidarności”.

A kandydowania nie brał Pan pod uwagę?

Po wyjściu z internowania powiedziałem kolegom, że nie będę sobie z tego czynił żadnej trampoliny do kariery, że traktuję internowanie jako w gruncie rzeczy miły epizod w życiu. Nie byłem też wtedy, po 1982 roku, żadnym wielkim działaczem. W kampanii 1989 roku pomagałem za to Andrzejowi Arendarskiemu, który kandydował wtedy z naszego województwa.

Andrzej Arendarski – późniejszy prezes Krajowej Izby Gospodarczej?

Tak. Dużo z nim jeździłem po terenie, zaprzyjaźniliśmy się. Wracając teraz do wyborów 1989 roku… Otóż w noc poprzedzającą wybory rąbnąłem się bardzo mocno w głowę, że aż mi krew poleciała. Z olbrzymim guzem i z bolącą głową poszedłem na te wybory. Potem euforia, wielkie zwycięstwo.

A dla Pana także zmiany w życiu zawodowym…

Formalnie pod koniec czerwca, po okresie wypowiedzenia, odszedłem z Mirandy, wcześniej skaperowany przez lokalnego przedsiębiorcę, największego ówczesnego biznesmena w Turku, który miał jedną z pierwszych prywatnych stacji paliwowych w Polsce, zakład produkcji kotłów, a potem stalowych kołnierzy do łączenia rur, które eksportował głównie do Niemiec.

Skaperował Pana jako informatyka?

Ja tam rzeczywiście poszedłem jako informatyk, ale szybko zostałem dyrektorem naczelnym tego zakładu. W latach osiemdziesiątych, gdy była duża inflacja, warto było brać kredyty – zamiast kupować jedną maszynę kupowało się trzy, na koniec roku jedną się sprzedawało, oddawało kredyt i dwie maszyny wychodziły za darmo. Wtedy problemem było załatwienie kredytu. Ale ten przedsiębiorca nie zrozumiał, że czasy się zmieniły i kiedy przyszedł rok 1989, to zamiast kupić dwie, maksymalnie trzy ciężarówki kupił ich dziesięć, zamiast kupić trzy wiertarki, kupił dziesięć, a odsetki rosły. Musiałem stamtąd uciekać.

Dokąd?

Dwóch bliskich kolegów tego przedsiębiorcy, Andrzej Opłatek i Bogdan Kaczmarek, zabiegało byśmy w trójkę założyli firmę. Powiedziałem, że ja jestem lojalny wobec mojego pracodawcy, mimo że nie podoba mi się on z charakteru. Ale ci dwaj bardzo chcieli mnie – że tak powiem – podebrać, że summa summarum założyliśmy nową spółkę razem we czwórkę.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Ryszardem Rychlikiem w rozdziale: Biznes rodem z żurnala