Branża

Ani jakości, ani designu

Ryszard Rychlik na targach „Biuro” w Poznaniu, maj 1994 r.

Ani jakości, ani designu

Rozmowa z Ryszardem Rychlikiem, współzałożycielem i wieloletnim prezesem Zarządu firmy Profim.

Reklama
Banner All4Wood 2024 - 750x100

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej czternasty rozdział tego wywiadu. Trzynasty rozdział można przeczytać tutaj: Płakać i płacić, ale robić

Gdy Profim przejmował Zakład Elementów Automatyki najszybciej rósł Państwu rynek eksportowy, przede wszystkim do Rosji. Domyślam się, że działo się tak, ponieważ Wschód, nie oczekiwał zbyt wysokiej jakości?

Ani jakości, ani designu. To było najłatwiejsze.

A w którym roku doszło do pierwszych kontaktów z rynkiem wschodnim?

To było w roku 1994. Braliśmy wtedy udział w targach w Moskwie. Tam poznałem Andrzeja Boczara z Nowego Stylu, Janusza Mikołajczyka z firmy Mikomax, naszych przyszłych dilerów. Sporo wieczorów spędziliśmy wówczas razem. Wtedy też zrodziły się partnerskie relacje z Nowy Stylem, bo bardzo dużo sobie pomagaliśmy: Słuchaj, jest tam moje auto w okolicy, nie masz może dwóch tysięcy amortyzatorów pożyczyć, bo mi się skończyły? A do kiedy? W przyszły piątek oddamy. Pożyczaliśmy sobie.

Nie znaliście się wcześniej.

Nie, nie znaliśmy.

Mimo że zarówno Nowy Styl, jak i Profim, istniały już po kilka lat?

Z Adamem i Jurkiem poznaliśmy się w 1994 roku albo jakoś tak, na jakiś targach. Wcześniej znałem ich dyrektora handlowego, Andrzeja Boczara. Potem często odwiedzaliśmy się, doradzaliśmy sobie, gdy kupowaliśmy maszyny. W bardzo dobrych relacjach jesteśmy do dzisiaj, traktuję to jako dużą wartość. Na targach w Niemczech zawsze wzbudzaliśmy sensację, jak ja u nich na stoisku czy oni u mnie razem sobie popijaliśmy wódeczkę czy jakieś piwko. Niemcy zawsze oczy wybałuszali ze zdziwienia.

Że konkurencja u siebie przesiaduje?

Za granicą nie jesteśmy taką wielką konkurencją. W Polsce – tak, ale zagranicą nie odczuwamy tego aż tak bardzo.

Wracając jednak do Wschodu…

Mieliśmy taki epizod, że jeden z naszych dilerów zaproponował nam założenie – wspomniałem już Panu o tym – spółki joint venture, oczywiście spółki produkcyjnej. Nazwaliśmy ją Promif od nazwy naszej – Profim i od nazwy ich – Mif.

Spółka podjęła produkcję?

Tak, oczywiście. Mieliśmy wydzierżawione u nich pomieszczenia produkcyjne. Później drogi nam się rozeszły, bo ja chciałem budować brand i produkować lepsze jakościowo meble, a oni – pójść w tanią masówkę. Mówiłem im, że nie tędy droga, ale nie mogliśmy się dogadać. W momencie, gdy w Rosji nastał kryzys, w 1998 roku, oni przyjechali do mnie i powiedzieli: Albo doinwestujesz nas, dasz pieniądze na rozwój, maszyny i tak dalej, albo…

A dużo chcieli?

Nie pamiętam. Właściwie to oni przyjechali z propozycją, aby się rozstać, na co ja szybko przystałem. Nie rozliczyliśmy się do końca, ale większość nam spłacili.

Odkupili od Pana udziały, czy firma została rozwiązana?

Nie, nie – odkupili. Ja im wtedy powiedziałem: Dogadamy się jak chcecie, ale gwarantuję wam, że splajtujecie. Długo tak nie pociągniecie. Jeśli nie akceptujecie mojej filozofii, to tym bardziej. Oni stanowczo powiedzieli, że pójdą w tanie krzesła i masówkę. To źle skończycie – ja im na to. – Jeżeli chcecie produkować w centrum Moskwy takie rzeczy, to nie macie najmniejszych szans. No i miałem rację. Utrzymuję z nimi, właściwie z jednym ze wspólników kontakty do dzisiaj. Co święta dzwonimy do siebie, ale interesów już nie robimy.

Stoisko firmy Profim na targach w Moskwie, 2001 r.
Stoisko firmy Profim na targach w Moskwie, 2001 r.

A jaki los spotkał tę spółkę?

Wkrótce potem splajtowali. Pozamykali fabryki, przerobili budynek na biura i żyją z wynajmu. No, ale rynek rosyjski świetnie nam się rozwijał, bo klienci nie byli wymagający, a my byliśmy bardzo elastyczni, tańsi wtedy od Włochów. Bo musi Pan wiedzieć, że jak zaczęliśmy produkować, to staliśmy się dla Włochów konkurencją. Teraz mi się przypomniała taka anegdota, à propos tego, o co mnie Pan na początku spytał, a mianowicie cechy Wielkopolan, czy mówiąc nawet szerzej – Polaków w ogóle. Pamiętam pod koniec lat dziewięćdziesiątych targi „Interzum” w Kolonii.

„Interzum”? Nie „Orgatec”?

„Interzum”. Przyjeżdżam na targi, a tam taki gruby Włoch, którego znałem od wielu lat, bo kupowaliśmy od niego komponenty, kiedyś nawet bardzo dużo kupowaliśmy, stoi na swoim stoisku i widząc mnie wykonał gest, jakby chciał do mnie strzelać. Co ty Giovanni jesteś taki wkurzony? – pytam go. Ja to jak widzę was, Polaków, to bym strzelał do was – odpowiada mi.

Dlaczego?

Też mnie to zdziwiło, więc mówię mu: Usiądź spokojnie i wytłumacz mi, o co chodzi. I to co mi wtedy odpowiedział najlepiej oddaje to, o co spytał mnie Pan na początku. Mówi: Słuchaj, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych przyszedłeś do mnie na stoisko, to tak szczerze mówiąc nie chciało mi się ci cennika dawać. Wiesz dlaczego? To był drugi dzień targów. Pierwszego dnia przyszło do mnie z sześciu Polaków, drugiego dnia przed tobą jeszcze ze trzech. Z Czech był jeden człowiek, z Węgier – nikogo, z Rumunii – nikogo. A wy przychodzicie, obiecujecie, że będziecie tyle kupować i mija rok – wy rzeczywiście kupujecie. I ciągle wam mało i mało. Kiedy ja już nabrałem kredytów, zbudowałem ogromne fabryki, by wam wreszcie nastarczyć, to wy zostawiacie mnie samego z tym wszystkim i sami sobie produkujecie.

O czym Pana zdaniem świadczy ten przykład?

To oddaje inicjatywę Polaków na tle innych narodów. Proszę zauważyć, że na rynku międzynarodowym przebił się Nowy Styl, Profim, kilka mniejszych firm próbuje aspirować, ale z Europy Wschodniej to tak naprawdę nikt się nie przebił. Są firmy w Czechach, ale to nie ta skala co my. Nie ma w Europie Wschodniej firm, które osiągnęłyby sukces porównywalny z Nowym Stylem czy Profim.

Był taki moment, kiedy obroty Profim na rynku rosyjskim sięgały czterdziestu procent sprzedaży firmy…

I tąpnęło to w 1998 roku.

No właśnie – i w zasadzie z dnia na dzień stracił Pan ponad jedną trzecią rynku. To był duży problem dla firmy?

Świetnie w tym czasie zrekompensowała nam to IKEA. Bo proszę zauważyć, że jak zaczęliśmy z nimi współpracę w 1996 roku, to w 1997 i 1998 sprzedaż do nich urosła nam tak mocno i takie przyrosty mieliśmy, że to co straciliśmy w Rosji, IKEA nam w pełni zrekompensowała. Powoli też zaczął rozwijać się eksport na Zachód.

Domyślam się, że po 1998 roku eksport do Rosji spadł do zera?…

Prawie do zera. Odbudowaliśmy go i dzisiaj sprzedajemy w Rosji coraz więcej, ale to jest nadal kilka procent – nie więcej niż pięć procent sprzedaży.

Rozumiem, że problem, który dotyczy przede wszystkim producentów ciężkich mebli skrzyniowych wykonanych z płyty wiórowej – a mianowicie cło liczone od kilograma – nie dotyczy firmy Profim…

My nigdy nie godziliśmy się, by oszukiwać. Włosi się godzili i nadal godzą, dzięki czemu rozwinęli bardzo duży eksport do Rosji. Kiedyś szły dwie faktury na granicę: jedna dla polskiego celnika, czy jakiegoś innego pierwszego kraju, a druga dla celnika rosyjskiego, gdzie ilość była zaniżona.

Dobrze, tylko chodziło mi o to, że cło na krzesło, bo jest ono meblem stosunkowo lekkim, nie jest aż takim problemem jak w przypadku tanich mebli z płyty.

Owszem, ale mimo wszystko to cło znaczyło dużo i był z tym problem. On zresztą nadal jest, bo my nie godzimy się na podmiany faktur czy temu podobne praktyki. Dlatego mieliśmy na Wschodzie ciężko.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Ryszardem Rychlikiem w rozdziale: Sto procent frekwencji na targach