Branża

Wiórolandia

Zdzisław Sobierajski.

Wiórolandia

Gdy wspominam odwiedzane w ostatnich latach wystawy dorobku designerów, odnoszę wrażenie, że to wystawiennictwo paździerzem stoi. Nie mam na myśli eksponatów, ale raczej anturaż serwowany nam przez kuratorów i autorów scenografii.

Kantówka, płyta wiórowa, dykta i sklejka, często bywały tłem kiepsko oświetlonych ekspozycji niejednej wystawy designerów. Tylko nieliczni kuratorzy festiwalowych wystaw oferowali nam folder lub ulotkę. Wydaje się, że niskie budżety, zwykle nie wystarczały im na zakup projektu komunikacji, scenografii i oświetlenia wystawy. Mam wrażenie, że od kuratorów wymagano jedynie innowacji w robieniu „czegoś z niczego”, więc jak McGyverzy promocji polskiego wzornictwa, dzwonili do znajomych i prosili o przysłanie eksponatów.

Na usprawiedliwienie takiej aktywności promotorów, trzeba jednak przyznać, że z takiej oferty typowy festiwalowy odbiorca mógł jednak być zadowolony.  Designer, student lub wykładowca, fascynat  designu, bloger, czy branżowy dziennikarz. Dla nich nie trzeba się starać. Jednych uszczęśliwiano tym, że pokazano ich dzieła, a drudzy bezwiednie publikowali samochwalcze informacje prasowe dostarczane przez organizatorów. Tu warto zaznaczyć, że organizatorzy mogą napisać co zechcą. Nikt ich teksów nie weryfikuje. Krytyka i polemika w przestrzeni medialnej nie istnieją, a branżowe media oferują nam w tym zakresie „autopromocyjną wydmuszkę”.

Wystawy designerów, czyli „po taniości”

Scenografie wystaw „polskiego designu” powstawały „po taniości”. Królowały płyty wiórowe spajane żywicą mocznikowo-formaldehydową. Skuteczny recykling materiałów powystawowych nigdy nie był okazją do kreowania Eko-wizerunku polskich wystaw. Na wystawach polskiego designu, oprócz niejasnych wrażeń estetycznych, zwykle doświadczaliśmy dysonansu poznawczego, bo muszę przyznać, że patrząc na tandetnie oświetlone, paździerzowe scenografie, nierzadko widziałem znakomicie zaprojektowane przedmioty autorów, którym kuratorzy nie potrafili zapewnić żadnego wparcia. W znakomitej większości (choć bywały nieliczne wyjątki) wystawy polskiego designu, funkcjonowały jak swoiste „wampiry” wysysające energię z autorów prezentowanych tam produktów. Polscy twórcy, nierzadko sami finansowali obecność swoich produktów na wystawie. Na własny koszt eksponaty dostarczali, odbierali i bardzo rzadko je ubezpieczali.

Wszyscy wiemy, że okrajanie budżetów przeznaczanych na promocję jest antyskuteczne. To jest wiedza powszechna ale jeszcze niedostępna promotorom polskiego designu. Mam wrażenie, że kuratorzy oraz sponsorzy wystaw, nie znają starej, kupieckiej zasady, że albo robimy coś dobrze, albo szybko, albo tanio. W rynkowej rzeczywistości można wybrać tylko jedną z tych opcji. Niestety, nagminnie wybierano wszystkie trzy naraz. Najpierw szybko i tanio produkowano wystawę, a jeszcze szybciej informacje prasowe twierdzące że była znakomita. Kuratorzy wierzyli, że widz nie zauważy paździerzowej scenografii i komunikacyjnej wydmuszki. Chyba nikt nie zastanawiał się, czy promując dorobek designerów, idziemy przemyślaną „drogą do jakiegoś celu”, czy tylko wydeptaną przez poprzedników, ścieżką prowadzącą w „designerskie maliny”?

Intencje i kompetencje promotorów i kuratorów, co roku poznajemy po efektach ich pracy. Miarą prawdy jest skuteczność. A ta zawsze znikała wraz z publikowaną ostatnią informacją prasową. O takich wystawach szybciej zapomnieliśmy, niż kuratorzy budowali ich scenografię.

Bez krytyki, dyskusji i polemiki, merytoryczny poziom wystaw polskiego designu systematycznie spada. Praktykowane przez lata wzajemne poklepywanie się po plecach oraz pisanie ładnych informacji prasowych już nie wystarcza. Taki design!

TEKST: Zdzisław Sobierajski