Branża

Na czarno w Niemczech

Janusz Mikołajczyk, założyciel i właściciel firmy Mikomax.

Na czarno w Niemczech

Rozmowa z Januszem Mikołajczykiem, założycielem i właścicielem firmy Mikomax.

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej trzeci rozdział tego wywiadu. Drugi rozdział można przeczytać tutaj: O wszystkim decydują chwile

Przejdźmy teraz zatem do wywołanych przez Pana saksów w Niemczech. Wyjeżdżając po raz pierwszy do pracy do Niemiec wziął Pan urlop dziekański?

Tak, wziąłem dziekankę i pojechałem do Niemiec trochę popracować. Wiadomo, że wtedy było to właściwie jedyne źródło, by jakoś sensownie sobie dorobić. W Niemczech byłem pół roku.

W NRD?

Nie, nie – w Niemczech Zachodnich, bo ja pojechałem do tej mojej rodziny ze strony matki. Pojechałem do Bremy, oni mi tam oczywiście nie za dużo pomogli, ale ja jakoś sobie znalazłem pracę, gdzieś na budowie. Wiadomo, jaka to była praca.

Na czarno?

Na czarno. Ale można było bardzo przyzwoite pieniądze zarobić. Ja wtedy zarabiałem dziennie koło stu marek.

Innymi słowy zarabiał Pan dziennie – licząc po kursie rynkowym – przeciętną miesięczną pensję w Polsce.

Co najmniej. To były wtedy bardzo duże pieniądze. Jak skończyłem studia, to oczywiście wisiało nade mną, jak nad każdym młodym człowiekiem w Polsce, wojsko. Pomyślałem, że pójdę do tego wojska i sam się zgłosiłem.

Żartuje Pan? Na ochotnika?

No pewnie. Wtedy po studiach był rok wojska. I jak się zgłosiłem do tego wojska – to jest w ogóle niesamowita historia – po trzech tygodniach stwierdziłem, że z tym wojskiem to jednak nie był najlepszy pomysł.

A do jakiej jednostki Pana przydzielono?

We Wrocławiu, wojska inżynieryjne. To było związane z moim zawodem W każdym razie po trzech tygodniach stwierdziłem, że jednak marnuję w tym wojsku czas i zacząłem się zastanawiać, co by tu zrobić, by stamtąd wyjść Zgłosiłem się na komisję lekarską, pytają, czy coś mi dolega, a ja, że mam podwyższony poziom bilirubiny, że być może chorowałem na żółtaczkę.

Uwierzyli Panu?

A skąd. Powiedzieli mi wprost: Proszę Pana, takich jak pan to my tutaj mamy tysiące, nic się z panem złego nie dzieje. No, ale musieli mnie przebadać. I na koniec tych badań idę z grupą dziesięciu takich jak ja, gdzie jeden oka nie ma, drugi czegoś tam jeszcze, a ja niby taki zdrowy, wysportowany. Wchodzę do gabinetu tego lekarza, a on mówi tak: Proszę pana, tutaj mamy pana wyniki, to co panu jest? Ja, że nie wiem, że być może w młodości chorowałem na żółtaczkę. No dobrze, to niech pan się położy. Położyłem się, on mi naciska na brzuch: Boli pana? Ja mówię, że boli. Oczywiście nie bolało. Aha, dobrze, to dobrze, kategoria B. Ja pytam, co to znaczy. Czasowo niezdolny.

Właściwie dokładnie o to Panu chodziło.

O to chodziło. Okazało się później, że ten mój rocznik zastał stan wojenny. Tym moim kolegom, którzy byli ze mną przedłużono służbę do półtora roku czy nawet do dwóch lat. To znowu są właśnie te chwile, o których Panu mówiłem: gdybym stwierdził, że wszystko jest w porządku, to by mnie zostawili i w wojsku zastałby mnie stan wojenny.

A tak mógł Pan po kilku tygodniach cieszyć się wolnością.

Jak już wyszedłem z tego wojska, to wyjechałem na pół roku do Niemiec. Potem jeszcze raz pojechaliśmy – tym razem z żoną. Już wtedy zastanawialiśmy się nad tym, by wyjechać z Polski na stałe. Wtedy były takie czasy, że był to właściwie one way ticket, ja miałem w Zachodnich Niemczech pracę, całkiem dobrą.

Ale cały czas była to na czarno?

Tak, tak, nie było oficjalnej pracy.

Fakt, że miał Pan w Niemczech rodzinę…

Zgoda, ale ja jeszcze nie miałem odpowiednich papierów, dopiero później wyrobiłem sobie tak zwany pobyt stały i teoretycznie mogliśmy zostać, tylko niestety już było za późno, dlatego że żona wróciła do Polski.

A Pan kiedy wrócił?

Ja wróciłem w listopadzie 1981 roku. Powiem Panu, że ja się wtedy mocno przestraszyłem. Wiedziałem, że muszę wrócić, bo mieliśmy już syna i żony nie wypuszczą z synem z Polski. Ja tymczasem nie miałem przedłużonego paszportu, miałem wtedy tak zwany pobyt stały i bałem się, że jak wrócę, a nie będę miał w paszporcie przedłużonej wizy, to zaraz zaczną pytać, dlaczego, co i jak? Takie były czasy. Wróciłem z tych Niemiec.

W listopadzie 1981 roku, czyli tuż przed stanem wojennym?

Tak. Gdybym wtedy w wojsku nie poszedł do lekarza, to – po pierwsze – nigdzie zagranicę bym nie wyjechał, po drugie – zostałbym w tym wojsku, wróciłbym pół roku czy rok po stanie wojennym. Czyli nie byłoby ani żadnych pieniędzy, ani żadnego wyjazdu do Niemiec, niczego. W każdym razie, w momencie, jak zwolnili mnie z tego wojska, to wyjechałem na pół roku do Niemiec, przywiozłem stamtąd jakieś pieniądze. Było tego kilka tysięcy marek.

Fura pieniędzy w ówczesnych polskich realiach.

No tak, tak. Natomiast mieliśmy plany, byliśmy na rozmowie w ambasadzie australijskiej, praktycznie mogliśmy bez problemu wyjechać do Australii. No, ale nie wyjechaliśmy. I można powiedzieć – szczęśliwie.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Januszem Mikołajczykiem w rozdziale: Od PZU do rzemiosła