fbpx
Branża

Innowacja z „mchu i szyszek”

Zdzisław Sobierajski.

Innowacja z „mchu i szyszek”

Czasem czytam rozmaite publikacje, które usiłują na mnie wymóc wrażenie, że polski design produktowy jest innowacyjny, a nasz sektor kreatywny wspierany miliardowymi dotacjami unijnego podatnika, wkrótce będzie jeszcze bardziej „innowacyjniejszy” lub nawet „najinnowacyjniejszy”. Niestety, mam w tym zakresie bardzo mieszane uczucia i targają mną wątpliwości.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

30 letnie doświadczenie zawodowe wdrożeniowca, wskazuje mi na to, że polskie innowacje zawsze powstawały przypadkiem, albo z lenistwa. Przypadkiem, ponieważ były efektem wpadki przy robocie, skutkującej koniecznością opracowania ad hoc, alternatywnych rozwiązań (antropolodzy dizajnu nazywają to syndromem MacGyvera). Natomiast nasze wrodzone lenistwo powodowało, że często kombinowaliśmy jak sobie robotę ułatwić, by się zbytnio nie narobić. (teoretycy ekonomii, nazywają to syndromem projektowania wysokich marż).

W praktyce, były to zwykle metody stosowane zbyt późno i po czasie. W kolejnych projektach mogliśmy jednak liczyć na  ewentualne pożytki z takiego procederu.  Polegało to na tym, że choć teraz nie potrafiliśmy zarobić i dokładaliśmy do aktualnego projektu pracując za darmo, ale na horyzoncie widać było widoki na późniejsze zyski, możliwe do osiągnięcia dopiero w kolejnych realizacjach. Każdy inwestor i designer, który choć raz zajmował się designem industrialnym, pewnie wie o czym tu napisałem.

Jednak niezależnie od chwilowego przypływu niemocy zmieszanej z geniuszem, nasze „innowacje” technologiczne i procesowe, są dzisiaj wymuszane przez aktualną sytuację rynkową oraz uwarunkowania  i zewnętrzne możliwości. Takie innowacje powstawały zawsze w zespole i były efektem wzajemnych relacji lub nagłego olśnienia. Tak było do czasu, gdy ktoś wymyślił i zaprojektował procedurę uzyskania „dotacji na innowacje”.

Zupełnie nie pojmuję,  jak urzędnicy, mogą od nas wymagać napisania wniosku o „dotację na innowację”, a w tym wniosku sformułowania opisu procesu powstania inspiracji,  procesu zaprojektowania produktu, wdrożenia „innowacyjnej innowacji”,  a na koniec zabudżetowania i rozliczenia przydzielonej dotacji na tę „innowację”?

Mam wrażenie że, w Polsce mamy kilka równolegle egzystujących definicji innowacyjności. Podejrzewam, że mamy swojską, ale polską, innowacyjną schizofrenię?  Nie wiem czy to da się wyleczyć?

Nie potrafię ocenić dotychczasowego dorobku naszych „dotowanych innowatorów”. Pomimo wielu lat dotowania, brakuje raportów i danych o pożytkach wykreowanych przez beneficjentów takich dotacji na innowację.

Mam wrażenie, że sensownego designu, póki co w naszym kraju nie robimy, Ale design dotowany będzie miał się całkiem dobrze. Czy Polska prowizorką stoi? Zobaczymy. Bo, tak na zdrowy rozum, to choć wiele się o designie mówi i pisze, nie widać kto się dzisiaj na poważnie zajmuje się kondycją  polskiego wzornictwa przemysłowego w firmach?

Design oblige! Tego, od promotorów polskiego designu powinniśmy zacząć wymagać, albo, tak jak od wielu lat to robimy, odpuśćmy sobie i im. Przecież o wiele łatwiej jest lepić ten nasz „innowacyjny polski design” z dostępnego materiału, czyli z „mchu i szyszek”. To jest surowiec niezwykle plastyczny. Możemy go semantycznie dopasować do każdego wniosku o „dotację na innowację”. Jest do tego po prostu idealny. Wydaje się, że w Polsce mamy jego bezkresne zasoby.  Co ważne, to jest surowiec ekologiczny. Pewnie ma zerowy „ślad węglowy”. Nie wymaga zużycia wody, ani energii elektrycznej. Wystarczy byle jaki komputer z edytorem  tekstów, by napisać wniosek o dotację. Czyste „EKO” i do tego powszechnie dostępne.

Obym się mylił, ale „mech i szyszki”, wydają się dzisiaj fundamentem kreowania wielu naszych designerskich marzeń, potrzeb i oczekiwań.

Czy taki mamy design?

TEKST: Zdzisław Sobierajski