Edukacja

Trudne czasy przed polskimi meblarzami?

jaka przyszlosc przed polskimi meblarzami

Trudne czasy przed polskimi meblarzami?

Rozchodzi się o to, by plusy nie przysłoniły nam minusów – ten cytat z „Misia” Stanisława Barei jak ulał pasuje do aktualnej sytuacji polskiej branży meblarskiej. Bo oto z jednej strony mamy rekordowe wyniki jeśli chodzi o sprzedaż, mocno jednak zafałszowane przede wszystkim przez wysoką inflację, a z drugiej – rysujące się na horyzoncie spowolnienie.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rysujące się – dodajmy – już od jakiegoś czasu, bo ze spowolnieniem w polskim meblarstwie mamy do czynienia co najmniej od maja, a niektóre wskaźniki pogarszały się już w ubiegłym roku. Na przykład słabsza dynamika eksportu względem dynamiki produkcji sugerowała, że rynek dochodzi do punktu przesilenia, a w firmach rosną stany magazynowe. Od maja bieżącego roku wskaźnik koniunktury mówiący o nadmiernych stanach magazynowych zanotował skokowy wzrost. Trudno się dziwić takiemu obrotowi sytuacji. Na wysokie już wcześniej ceny surowców i mebli gotowych dodatkowo wpłynęły efekty rosyjskiej agresji na Ukrainę windując raz jeszcze ceny do góry. Tymczasem konsumenci muszą zmieniać priorytety zakupowe w kontekście wysokich cen paliw i energii. Nawet ja zmieniłem plany i zainwestowałem w fotowoltaikę i pompę ciepła. Mogę powiedzieć, że mój bilans energetyczny jest już zrównoważony. Brakuje mi jeszcze samochodu elektrycznego, który będzie zasilany prądem wyprodukowanym przez własną instalację. Po zakończeniu tego procesu inwestycyjnego powrócę do planów remontu w domu i wymiany mebli. Przypuszczam, że wielu mieszkańców Europy zrobi podobnie – komentuje bieżącą sytuację Tomasz Wiktorski, właściciel firmy B+R Studio.

Lepiej już było

Z faktem, że polska branża meblarska znalazła się w bardzo trudnym okresie zgadza się Michał Strzelecki, dyrektor biura Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Wydaje się, że do końca nie okrzepliśmy jeszcze po pandemii i związanych z tym problemami – ciągle nie wiedząc co w tym zakresie przyniesie jesień i zima – a nagle zostaliśmy zmuszeni do zmierzenia się z nowymi problemami geopolitycznymi. Wojna w Ukrainie to olbrzymi problem i tragedia ludzka, ale też bardzo poważne zawirowania ekonomiczne w Europie. Trzeba sobie powiedzieć wprost, że szalejąca inflacja, wzrosty stóp procentowych i zatrzymanie akcji kredytowej, niepewność o przyszłość powodują, iż klienci w Polsce, ale i również w Europie czy USA wstrzymują się z zakupami mebli. Odkładają swoje decyzje zakupowe na przyszłość – meble to nie produkty pierwszej potrzeby. Według mnie sytuacja nie poprawi się zbyt szybko, a zatem spodziewam się, że czeka nas trudna druga połowa tego roku i prawdopodobnie jeszcze początek roku przyszłego – mówi Michał Strzelecki.

Spowolnienie już jest widoczne od pewnego czasu. Już czerwiec był miesiącem z bardzo dużym spadkiem zamówień. O wiele większym niż można się było spodziewać w tym okresie roku. I do tej pory nie widzimy żadnego odbicia w ilości zamówień. Nasi klienci zgłaszają bardzo słabą sprzedaż detaliczną, z czym wiążą się wysokie stany na ich magazynach i niemożność zamawiania nowych, uplasowanych do kolekcji, modeli – dodaje Grzegorz Kalinowski, dyrektor handlowy w firmie Libro.

Więcej, czyli mniej

Czy wyniki produkcji, sprzedaży i eksportu za pierwsze półrocze bieżącego roku zwiastują nadchodzące spowolnienie? Tomasz Wiktorski nie ma wątpliwości, że tak właśnie jest. Dane o produkcji liczone w cenach stałych (bez inflacji) już w czerwcu i maju były niższe niż rok temu. Nominalnie wyglądają imponująco sumarycznie: +21% po sześciu miesiącach, ale to efekt wyłącznie inflacyjny. Za te pieniądze dziś można kupić mniej niż rok temu. Do tego dane o eksporcie dostępne w GUS za porównywalny okres mówią tylko o wzroście na poziomie 13%, a dane o wolumenie w kilogramach są alarmujące: spadek wyniósł 3%! Mam jednak zastrzeżenie do danych o eksporcie, ponieważ spodziewam się, że GUS skoryguje je in plus z uwagi na deklaracje mikro firm, które spływają z opóźnieniem. Niemniej już pod koniec ubiegłego roku z naszych analiz wynikało, że nie ma co liczyć na kilkunastoprocentowe wzrosty. Założyliśmy wzrost wartości produkcji mebli w skali roku o 8% i myślę, że zaliczka z początku roku może pod koniec stopnieć do tego właśnie poziomu – wyjaśnia Tomasz Wiktorski.

Do ostatnich danych dotyczących sprzedaży ostrożnie podchodzi także Michał Strzelecki: Gdy rozmawiam z kolegami z branży, to widzę, że trudno jest mówić o tak dużych wzrostach, jak chociażby dane o produkcji w cenach stałych +21% za pierwsze półrocze tego roku. Spodziewam się znacznej korekty w dół tego wyniku. Spadki zamówień są bardzo duże – w zależności od segmentu mebli, ich rodzaju czy rynku, na którym operują firmy spadki osiągają poziomy od 30% nawet do 50%. W związku z tym firmy już w czerwcu zaczynały ograniczać swoją produkcję lub produkować „na magazyn” licząc na to, że jesień przyniesie poprawę.

Nieco inaczej patrzy na wyniki sprzedaży pierwszego półrocza Grzegorz Kalinowski. Jak mówi słabsza koniunktura była – owszem – na rynku krajowym, ale eksport notował bardzo wysokie obroty. Globalnie bardzo dobry był pierwszy kwartał, drugi w sprzedaży również wyszedł znacznie powyżej naszego planu. Zatem pierwsze półrocze zamknęliśmy sprzedażą na bardzo zadowalającym poziomie. Tąpnięcie z zamówieniami nastąpiło w czerwcu, co nie ma odzwierciedlenia w wynikach sprzedaży pierwszego półrocza – dodaje.

Jest lepiej, ale gorzej

Pierwsze półrocze przyniosło w wielu firmach spadki zamówień, ale ich wielkość trudno precyzyjnie oszacować, ponieważ cały obraz zaciemnia inflacja. Temat ograniczenia strumienia zamówień zaczął szczególnie głośno wybrzmiewać w maju. Wtedy spadek zamówień raportowało około 25% firm, natomiast trudno stwierdzić, jak był on głęboki. Jak wspominałem wcześniej: mimo że notujemy wzrosty produkcji sprzedanej, to wolumen jest zbliżony do poziomu z ubiegłego roku. I gdyby nie wzrost kosztów, to można byłoby się cieszyć: produkujemy tyle samo, ale sprzedajemy 20% drożej! Niestety, tak nie jest – mówi Tomasz Wiktorski.

Branża meblarska w Polsce bije w ostatnim czasie rekordy jeśli chodzi o wyniki sprzedaży. Niestety, jest to głównie wynik wzrostu cen mebli. Lawinowy wzrost cen surowców, energii i kosztów płacowych wymusił na branży podwyżki cen gotowych mebli. Obawiam się, że przy obecnej sytuacji klienci tych cen finalnie już albo nie akceptują, albo czekają na lepszy i stabilniejszy czas. Potwierdzeniem tego faktu może być chociażby widoczny efekt przenoszenia się klientów z segmentu wyższego czy premium do segmentów bardziej ekonomicznych – mówi Michał Strzelecki.

Z precyzyjną oceną pierwszego półrocza kłopot ma Grzegorz Kalinowski, bo – jak przyznaje – nie wiadomo do czego to miarodajnie porównać. Dwa ostatnie lata były zupełnie nietypowe i nie możemy ich traktować jako odnośnik. Pandemiczny rok 2020 to najpierw totalne zatrzymanie w kwietniu i później szalone odbicie, a w roku 2021 sprzedaż szła równo przez cały rok, na granicy naszych możliwości. W tym roku odczuwalny był spadek zamówień krajowych w całym pierwszym półroczu – rzędu 20%. Zamówienia z Zachodu pozostawały na podobnym poziomie jak w latach ubiegłych. Gdyby nie słaby czerwiec półrocze zakończyłoby się nawet kilkuprocentowym wzrostem na rynkach niemieckojęzycznych – wyjaśnia. Jak dodaje, wzrosty sprzedaży w ciągu dwóch ostatnich lat wynikają już tylko ze wzrostów cen mebli oraz zmian asortymentowych. Firma sprzedaje coraz więcej mebli w droższych tkaninach oraz mebli bardziej przetworzonych, wzbogaconych o różne dodatkowe funkcje i z większym wykorzystaniem różnych dodatkowych mechanizmów.

Koszty rosną, wydajność – nie

Na pytanie, czy polscy producenci zaczynają tracić walor konkurencyjności (przez rosnące koszty produkcji rosną także ceny mebli) Tomasz Wiktorski odpowiada bez wahania:Niestety tak.

Mówiłem już o tym kilka miesięcy temu, że rosną nam w bardzo szybkim tempie koszty, ale nie wydajność. Musimy zwiększać ceny produktów nie dlatego, że są lepsze, a dlatego, że musimy. Negatywny wpływ będą dla branży miały wzrosty cen surowców drewnopochodnych, ponieważ na arenie światowej konkurujemy, co by tu nie mówić, z Azją. A transport kontenerowy szybko tanieje i chociaż jeszcze daleko mu do poziomów sprzed pandemii, ale jest wyraźnie taniej. Jeśli nie spadną ceny surowców do produkcji, to stracimy znacznie na konkurencyjności. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że śrubowanie wyniku rentowności ze sprzedaży płyt do poziomu 12 czy 18% jest podcinaniem gałęzi, na której siedzimy. To krótkowzroczna polityka, która obije się kacem dla całej branży – nie ma wątpliwości Tomasz Wiktorski.

Także Michał Strzelecki jest zdania, że widmo utraty konkurencyjności przez polskich producentów mebli staje się coraz bardziej prawdopodobne. Koszty materiałowe i okołoprodukcyjne rosły przez ostatnie dwa lata bardzo dynamicznie. Z jednej strony branża nie jest w stanie tych kosztów w całości przenieść na klientów, z drugiej strony klienci powoli przestają akceptować tak wysokie ceny mebli. Brak możliwości rekompensaty wzrostów kosztów w postaci droższych mebli wpływa negatywnie na rozwój produktu i możliwości inwestycyjne firm. A dzisiaj musimy inwestować w automatyzację czy robotyzację procesów poprawiając w ten sposób wydajność. Doszliśmy do etapu błędnego koła – wiemy, co musimy robić, ale nie mamy na to kapitału. Zresztą osobiście uważam, że wywindowane w górę ceny podstawowych surowców, z których produkuje się meble, to problem nie tylko dla meblarzy, ale również i producentów tychże materiałów. Jeśli my stracimy klientów, to klientów stracą również producenci i dostawcy surowców – podsumowuje Michał Strzelecki.

Obaw o stratę waloru konkurencyjności nie ma raczej Grzegorz Kalinowski. Jak wskazuje, meble polskie wyraźnie drożeją, ale są to tendencje jeżeli nie globalne, to co najmniej dotyczące naszej części świata. Zatem nie powinno to wpływać na pogorszenie konkurencyjności rodzimej produkcji. Może nawet więcej – dodaje. – Przez nieszczęsną wojnę w Ukrainie kłopoty maja producenci ukraińscy oraz białoruscy, którzy dotychczas konkurowali z nami. Pomijając cały tragizm tej sytuacji jest to czynnik nam sprzyjający.

Pytanie bez odpowiedzi

Tak właśnie możemy potraktować pytanie o to, jak głębokie może być nadchodzące spowolnienie? Grzegorz Kalinowski zwraca uwagę na fakt, że nigdy w ostatnich dziesięcioleciach nie mieliśmy do czynienia z takimi zjawiskami, jak pandemia i wojna w dużym europejskim kraju, w dodatku będącym naszym sąsiadem, a także okresem ogólnej światowej destabilizacji. Obawiam się, że spowolnienie będzie znaczne i może potrwać wiele miesięcy. Trzeba też mieć na uwadze, że dwa ostatnie lata były okresem zdecydowanie przegrzanej koniunktury i szalejącego popytu. Powinniśmy już o tym zapominać i bardziej odnosić wskaźniki do roku 2019 i wcześniejszych lat – mówi Grzegorz Kalinowski.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można zakładać, że spowolnienie dotknie zarówno rynku krajowego, jak i eksportu. Nie tylko polska cierpi z powodu radykalnego odcięcia węgla, gazu czy ropy z Rosji. Cierpi również gospodarka niemiecka, a to nie wróży nic dobrego.

Nawet w USA rekordowe ceny paliw przedkładają się na spadki popytu detalicznego, ale tu akurat mam przekonanie, że spowolnienie będzie łagodniejsze i Stany Zjednoczone szybciej wyjdą na ścieżkę wzrostu. Po prostu są dalej od Rosji i są w dużo mniejszym stopniu zależne od ich surowców. W zasadzie wpływ na USA to pochodna sytuacji w Europie. Natomiast w Azji i Afryce możliwe, że wcale nie będzie spowolnienia. Ba, nawet mogą skorzystać na okazyjnie taniej ropie i gazie z Rosji.Jak głębokie może być spowolnienie? Trudno być precyzyjnym. Zakładam, że wolumen zakupów indywidualnych nie spadnie bardziej niż o 20% w skali roku, a najtrudniejszy okres będzie do przyszłej wiosny i w niektórych miesiącach spadki zakupów mogą być głębsze niż zakładane średnie 20%. Odbicia spodziewam się od przyszłorocznych wakacji, z tym że na drogę rekordów sprzedaży wrócimy nie prędzej niż w 2024 roku – przewiduje Tomasz Wiktorski.

Czy czeka nas zaciskanie pasa?

Odpowiedź na pytanie: „do kiedy może potrwać spowolnienie?” to dzisiaj wróżenie z fusów. W dużej mierze zależy to od sytuacji w Ukrainie. Bez ustabilizowania się sytuacji geopolitycznej w Europie, a także na świecie, trudno mówić o powrocie na ścieżkę wzrostową. Spodziewam się, że przyszły rok będzie jeszcze trudny licząc jednocześnie, iż jego druga połowa powinna być bardziej łaskawa dla polskich mebli – podsumowuje Michał Strzelecki.

Wszystko zależy od nadchodzącej zimy i dodatkowych kosztów, które poniosą konsumenci w związku z gwałtownie drożejącą energią i wzrostem kosztów życia. Wszyscy widzimy, że nie wygląda to najlepiej. Meble nie są artykułem pierwszej potrzeby i jesteśmy dosyć daleko w piramidzie potrzeb konsumenta. Potrzebujemy dobrych nastojów społeczeństwa skutkujących chęciami do zmieniania otoczenia, remontowania i odświeżania mieszkań oraz podążania za trendami. Bez tego czeka nas czas marazmu i zaciskania pasa. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie – dodaje Grzegorz Kalinowski.

TEKST: Marek Hryniewicki