Design

Projektant jest po to, by przynieść coś nowego

krystian-kowalski-projektant-miesiecznik-i-portal-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Projektant jest po to, by przynieść coś nowego

Krystian Kowalski, projektant, dyrektor kreatywny marki Tylko, uważa, że rozwój polega na tym, by zawsze kwestionować to, co się robi i szukać lepszych rozwiązań. Swoją pozycję i relacje z firmami buduje poprzez tworzenie projektów, które rzeczywiście się sprzedają, a nie są widoczne tylko na wystawach.

Chcę się podzielić z Tobą pewną teorią, a właściwie zależnością, którą zauważyłam, otóż w 2016 r. tytuł „Designer Roku” Instytutu Wzornictwa Przemysłowego trafia do Tylko, w 2017 r. do Mai Ganszyniec, a w ub.r. tę nagrodę przyznano Tobie. Z Tylko aktualnie współpracujesz, z Mają współtworzyłeś Studio projektowe Kompott, przyjaźnicie się, projektujecie dla tych samych marek. Moim zdaniem to nie jest przypadek, że rok po roku to właśnie trio zdobywa najważniejsze w Polsce nagrody dla projektantów.

Masz teorię, ale ja nie wiem czy ją mogę potwierdzić, bo myślę, że po prostu przyszła moja kolej. Jest jakiś bardzo subiektywny ranking tego, co się dzieje na polskim rynku, co robią projektanci, co robią firmy i na tej podstawie te wybory są dokonywane. Na pewno bardzo się cieszę, że znalazłem się w tym gronie, bo jest to ogromne wyróżnienie. Poczułem się doceniony i było mi miło. Majka robi bardzo dobre rzeczy. Tylko to brand z koncepcją zupełnie unikalną, nie tylko w Polsce, ale globalnie. Trudno jest znaleźć odpowiednik 1:1, a nawet podobny koncept, a jeśli tak, to są to raczej próby kopiowania, niż bycie o krok przed nimi. Bycie z Tylko od samego początku, bo od wspólnego projektu w 2015 r., a od 2016 r. jestem dyrektorem kreatywnym marki, bardzo mnie cieszy, bo wiem, że współtworzę coś absolutnie unikalnego i ma to taką wartość, że trudno powiedzieć, czym to będzie za 5 czy 10 lat. To trochę taka historia jak z doliny krzemowej. Jeśli śledzisz wydarzenia, które miały miejsce w dolinie krzemowej, startupy i pomysły, które się tam tworzyły, to, w jaki sposób się zmaterializowały, zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że są to wielkie rzeczy. Tylko jest nieoszacowane jeszcze, a może mieć niesamowity wpływ na branżę meblarską. To są marzenia, ale właśnie z taką motywacją tu jestem. Wracając do Twojego pytania – fajnie być w tym gronie. Niezależnie od tego, jak te decyzje były podejmowane. Jak pamiętasz, podczas trwania gali IWP, byliśmy przecież na lotnisku, wracaliśmy z targów „Orgatec”, więc nie byłem na miejscu, musiałbym sobie przypomnieć uzasadnienie. Nie wiem czy mogę potwierdzić tę Twoją teorię, ale na pewno jest mi bardzo miło, że się znalazłem w tym gronie. Myślę, że nadszedł mój czas.

Hero, proj. Krystian Kowalski dla Tylko.
Hero, proj. Krystian Kowalski dla Tylko.

W moim odczuciu jest to potwierdzenie słuszności Twoich wyborów, nie tylko zawodowych, ale również życiowych.

Wiesz, gdy się jest docenianym, to jest to bardzo miłe, nie będę uprawiał fałszywej skromności, bo ciężko pracuję. Jestem krytyczny wobec siebie okrutnie, więc jeśli ktoś na końcu widzi wartość w tym, co robię, to jest to potwierdzenie, że podążam w dobrym kierunku. Jestem jednak daleki od szukania poklasku w branży, w nagrodach, bo to bardzo subiektywne i mocno skomplikowane. Uważam, że największym potwierdzeniem tego, czy coś jest dobre, jest to czy te produkty trafiają do ludzie, czyli, czy się sprzedają, czy klienci i architekci chcą zamieszczać je swoich projektach. Najlepszym świadectwem są wyniki sprzedażowe. Tylko o tym się nie mówi za bardzo, a ja nie boję się powiedzieć, że mam na swoim koncie np. wiodące produkty w sprzedaży marki Comforty. Gdy zacząłem współpracować z Comforty, zaproponowałem zmianę, była to inna technologia, ale też wyrazowość mebli i to niosło też ze sobą pewne ryzyko. Przekonałem ich do siebie modelami 1:1, kiedyś Ci o tym opowiadałem, nie miałem żadnej pozycji negocjacyjnej. To był rok 2013, po tym wspólnym projekcie z Majką, już się z Comforty znaliśmy, ale nie było to oczywiste, że będziemy dalej współpracować. Myślę, że w ten sposób buduje się swoją pozycję i relację z firmami, że dostarcza im się projekty, które rzeczywiście się sprzedają, a nie są widoczne tylko na wystawach.

Nie każdy chce się chwalić bestsellerami, bo np. boi się kopiowania. Nie każdy projektant chce też odsłaniać tajniki swojego zawodu, a Ty się na to zdecydowałeś, gdy powstała wystawa „Projektowanie – kulisy” podczas targów „Warsaw Home 2017”. Co było tym najsilniejszym argumentem, który do Ciebie przemówił wtedy i przekonał do tego, by pokazać swój warsztat, odsłonić się, dlaczego się na to zdecydowałeś?

Uważam, że to było w moim najlepszym interesie, ale też w interesie branży. W moim interesie, bo to było spotkanie branżowe, na którym obecni byli projektanci, producenci, architekci, więc wszyscy uczestnicy rynku, współtworzący tę branżę i pokazanie, co mnie wyróżnia było nie tylko dobrym przykładem dla innych, ale też moją wizytówką dla tych, którzy mnie nie znają, albo nie wiedzieli, jak projektuję. Tym samym podniosłem poprzeczkę na polskim rynku, bo nie jest tajemnicą, że projektanci z racji na oszczędności, bo nie z lenistwa raczej, może czasem z niewiedzy, nie mają warsztatów, nie kupują maszyn. Do tego trzeba mieć miejsce, czas. Render jest od razu, a żeby powstał prototyp trzeba dużo więcej czasu poświęcić i więcej pracy włożyć w projekt, oczywiście wcześniej zainwestować w materiał, w maszyny. Jest to bardzo skomplikowane, a więc niewielu się na to decyduje.

Mam wrażenie, że w Polsce rzeczywiście niewielu.

Też jestem tego zdania. Pokazanie tego na tej wystawie spowodowało, że producenci odbierali to tak, że warto zapłacić za projekt, bo w to jest włożona konkretna praca i automatycznie rozwiązuje się wiele problemów. Firmy nie otrzymują wtedy samego szkicu, tylko dostają wstępnie rozwiązane problemy. Historia tych modeli, które pokazywałem na wystawie, była taka, że one służyły do szycia pierwszych pokrowców w fabryce, czyli jeszcze przed etapem inwestycji producent mógł sprawdzić, że nie kupuje kota w worku, że to będzie dobrze wyglądało, że da się to uszyć, że można opracować technologie szycia, że kiedy będzie już model, nie będzie problemu z formą do technologii docelowej siedziska. Gdy projektant ma profesjonalny warsztat odciąża producenta i minimalizuje ryzyko, więc ta wystawa była też walką ze stereotypami, które na szczęście już gasną.

Jakie konkretnie stereotypy masz na myśli?

Jeszcze do niedawna na polskim rynku panował stereotyp o projektancie, który przyniesie coś w cudzysłowie na serwetce i niech producent się martwi, jak to wyprodukować. Takie stereotypy funkcjonowały w Polsce, więc uważam, że ta wystawa miała pozytywny wkład w zmianę myślenia o współpracy projektanta z przemysłem. Samym projektantom chciałem pokazać, że ten proces nie jest wymyślony, autorski, że to nie jest przedstawiane tylko w książkach i na Instagramie, gdzie topowe studia prezentują modele. To się dzieje na naszym podwórku. Myślę, że tak podnosi się poprzeczkę.

Anvil, proj. Krystian Kowalski dla Comforty.
Anvil, proj. Krystian Kowalski dla Comforty.

Czy Ty jako projektant z doświadczeniem i z wieloma sukcesami, proponujesz współpracę firmom, których historia czy aspiracje Cię intrygują, czy to raczej producenci się do Ciebie zgłaszają?

Nie jest tak, że producenci się do mnie zwracają, to są pojedyncze przypadki, takim przykładem jest MDD, które się do mnie zgłosiło i współpraca bardzo szybko się rozwinęła. Poznaliśmy się w lutym 2016 r. i zaczęliśmy pracować nad produktami na „Orgatec” w tym samym roku. Z perspektywy czasu widać ogromną zmianę, dlatego ta współpraca okazała się taka ważna. To nie jest boksowanie się z rzeczywistością, tylko widać bardzo szybką zmianę w obrębie portfolio produktów, na które mam wpływ, ale też sesji zdjęciowych, czyli tej części wizerunkowej i sprzedażowej. To się rozwijało organicznie, ja nie przyszedłem tam z wiedzą ekspercką, na zasadzie: ja wiem i teraz powiem. Nie było to też ubrane w jakieś niesamowite badania, strategie, cuda na kiju, tylko w praktyczne działania. Trzeba było zrobić stoisko targowe, ja to powiązałem z sesją zdjęciową, wymyśliłem też to, o czym Ci opowiadałem na targach, by te elementy, które są na targach brały także udział w sesjach. To wszystko zaczęło się układać w całość, przynosić wymierne korzyści. Sesje coraz lepiej wychodziły i było to konkretne działanie. Zawsze to lubiłem i też na studiach słyszałem, że najlepsza opcja to „learning by doing”, czyli gdy uczysz się robiąc coś – to mi bardzo odpowiada. Z drugiej strony też są bardzo praktyczni ludzie, więc dobrze się dobraliśmy.

Czego poszukujesz we współpracy z przemysłem?

Szukam długotrwałych relacji, żeby to było wartościowe dla obu stron, bo wszyscy wtedy wygrywają. W związku z tym nie wysyłam firmom pojedynczych projektów. Nie jestem zwolennikiem pojedynczych strzałów – by tu i teraz skorzystać – tylko muszę wiedzieć, że to się rozwinie i że to rzeczywiście ma potencjał. To, że jest potencjał produkcyjny, fajne wyniki, jeszcze nie świadczy o sukcesie współpracy, bo bez otwartości, to może nie zadziałać. Projektant jest po to, by przynieść coś nowego, by dostarczyć jakąś wiedzę i inne spojrzenie na firmę, ale potrzebne są też odpowiednie warunki, by ta zmiana była możliwa. Nigdy nie jest tak, że tu i teraz jest najlepiej. Rozwój polega na tym, by zawsze kwestionować to, co się robi i szukać lepszych rozwiązań, nie miotając się przy tym.

Na pewno obserwujesz branżę. Czy, gdy Ty zaczynałeś pracę, start projektanta na polskim rynku był trudniejszy, czy Twoim zdaniem teraz jest trudniej zaczynać w tym zawodzie?

Myślę, że zawsze jest podobnie i zawsze jest dużo miejsca. Pewnie dzisiaj można mieć więcej wiary w to, co się robi. Poza tym mówimy o nie tak bardzo odległych czasach (śmiech). Moje pierwsze wdrożenie było w 2007 r. dla marki Iker. Na pewno teraz ta liczba wdrożeń początkującego projektanta jest nieporównywalnie większa. Nie wiem czy jest łatwiej, ale na pewno jest miejsce dla każdego.

Konkurencja też jest większa?

Raczej firmy mają większe potrzeby współpracy z projektantami, 10 lat temu nie miały, więc jest to proporcjonalne. Nie zastanawiałem się nad tym, bo uważam, że ciągle jestem na początku swojej drogi. Lata lecą wiem, niefajna refleksja (śmiech), ale jestem na początku, bo cały czas staram się docierać do firm, które mają inny zasięg, inną kulturę pracy, od których można się czegoś nauczyć. To bycie na początku oznacza, że cały czas szukam możliwości rozwoju.

W tym wywiadzie, ale też podczas naszych rozmów na targach, zdarza się, że z Twoich ust padają słowa autokrytyki. Nie jest to przesadzony krytycyzm, masz po prostu bardzo dużą świadomość tego, że pewne elementy można dopracować. To jest zdrowe podejście, bardzo wartościowe, ale czy ono zawsze takie było, czy Ty się tego nauczyłeś?

Nauczyłem się tego. Na pewno kiedyś bardzo cieszyłem się z faktu, że mogę coś wdrożyć i bardzo mi zależało na tym, by szybko to zobaczyć. Miałem też gorzkie doświadczenia, gdy produkty nie były wdrażane, to były pojedyncze rzeczy na samym początku, ale wtedy było to przytłaczające, że coś nie wychodzi. Ta chęć, by coś było wdrożone, przysłaniała inne cele. Później odkryłem że nie chcę wdrażać za wszelką cenę, chcę pracować, robić coś dobrego, to był kolejny etap. A etap, na którym jestem obecnie, powoduje, że kwestionuję coś i dopracowuję nawet po wdrożeniu produktu. Nic nie jest zafiksowane, jeśli coś zostało wdrożone, ale zmiana nie jest zmianą totalną, która wprowadza finansowe konsekwencje, to można ją przeprowadzić. Jeśli byłaby to np. forma do wtrysku, to są olbrzymie nakłady finansowe, więc nie zmienimy formy do wtrysku, są przecież jakieś ograniczenia. Czasami chodzi o decyzje, które po czasie uważam za błędne, np. że z jakichś obłości wszedłem w bardziej ostre kształty i to jestem w stanie w ramach danej technologii zmienić – to jest in plus. Ogólnie wystrzegam się szybkiego wdrażania, staram się nie dać zapędzić przez dział wdrożeń do narożnika, w którym panuje presja czasu, bo zbliżają się targi, a wcześniej z jakichś powodów praca nie szła w takim trybie w jakim powinna. To jest taki narożnik, w którym nie chcę się znajdować, bo pod presją czasu muszę się uciekać do kompromisów. Staram się raczej zyskiwać na czasie, by móc dopracować przedmioty, a z drugiej strony, jak ma się nieograniczony czas, to robi się coś w nieskończoność.

Ile, statycznie oczywiście, trwa wdrożenie produktu? Czy da się to określić?

Tak, to zależy od technologii, ta, w której ja się poruszam to są formy do piany wylewanej. Bardzo dużo zależy od narzędzi, od tego, ile się czeka na formę, a czeka się około 8 tygodni Wtedy wdrożenie trwa rok. Jeśli bym Ci powiedział, że w 12 miesięcy można wdrożyć produkt, to też zależy jaki. Można powiedzieć, że 2 lata to jest taki czas, w którym da się wdrożyć przemyślany produkt, albo się go wdraża szybciej i konsekwencją jest to, że kolejny rok się go dopracowuje, już po wdrożeniu. Na targach pojawia się więc model, a nie skończony produkt. Ja wolę ten tryb skończonego produktu, bo nieskończenie od tej strony technologicznej, produkcyjnej, powoduje, że ludzie widzą te niedopracowane elementy i mogą się zniechęcić, więc i projektant traci, i firma traci na tej złej opinii. W przypadku Tylko to jest bardzo ciekawe, bo projekty muszą być dopracowane absolutnie. Tutaj moment odpalenia czegoś na stronie jest równoznaczny z momentem, w którym zaczynają napływać zamówienia. Wszystko musi być przemyślane, przygotowane do produkcji, stany magazynowe zabezpieczone i dlatego podkreślam, jaką Tylko ma dla mnie wartość. Uczestniczę nie tylko w procesach produkcyjnych od tej fizycznej strony, ale też procesach użytkowych. Design jest częścią tej układanki, ale tak naprawdę to są połączone dwa światy – ten fizyczny i ten wirtualny. Bardzo dużo się tu uczę, ale te korzyści płyną w dwie strony. Mam też czas i przestrzeń, by robić inne projekty.

Shelf Type 02, proj. Krystian Kowalski dla Tylko.
Shelf Type 02, proj. Krystian Kowalski dla Tylko.

Czego jeszcze Cię uczy praca w Tylko?

Design jest blisko z działem parametryki i to są rzeczy, których nie dotknąłbym w żadnym innym projekcie. Aktualnie powstaje program, w którym będziemy projektować i to jest na tak zaawansowanym poziomie technologicznym, że nie używamy softwaru, który jest gdzieś na świecie dostępny. Cała strona marketingowa, świat sprzedaży bezpośredniej to kategoria sama w sobie bardzo ciekawa, której nigdzie bym nie zobaczył z bliska. Jest to bardzo wartościowe. Ponadto, by rozwiązać dany problem muszą ze sobą współpracować różne osoby z różnymi kompetencjami – nie da się od nich nie uczyć.

Podobno nie przywiązujesz się do przedmiotów, czy ciągle masz kawiarkę, którą Piero Lissoni zaprojektował dla marki Alessi? Czy są takie przedmioty, do których masz sentyment mimo starań do nieprzywiązywania się do nich?

Mam tę kawiarkę i to wynika z tego, że ja używam rzeczy dopóki one są dobre, a gdy się psują, to je naprawiam. Chodzi o to, by nie generować nowych rzeczy, których nie ma gdzie przechowywać. Cenię sobie przedmioty dobrze zaprojektowane, w to inwestuję, wyszukuję takie rzeczy, które będą ze mną przez wiele lat, a może nawet z moimi dziećmi. Czasy są niestety zupełnie inne, rzeczy się robi na chwilę i one się szybko niszczą. Mam tego świadomość. Wierzę jednak w trwałe przedmioty, one mogą wtedy zyskać wymiar sentymentalny, ale przede wszystkim muszą spełniać swoją funkcję. Moja filozofia jest taka: używać do końca, gdy psuje się to naprawiać, gdy się nie da naprawić, to dopiero wtedy wyrzucać, a najlepiej mieć dobre przedmioty bardzo długo.

Dziękuję Ci za rozmowę.

ROZMAWIAŁA: Anna Szypulska