Design

Mówić własnym głosem

Mówić własnym głosem

W Mostowlanach: małej podlaskiej wiosce położonej tuż przy granicy z Białorusią, stoją obok siebie: drewniana cerkiew z  1840 roku i  pomnik Konstantego Kalinowskiego, powstańca styczniowego, urodzonego tu w  1838 roku. W  tym miejscu od wieków słychać cerkiewne dzwony i język białoruski. Tutaj są korzenie rodziny Andrzeja Popławskiego. Do mostowlańskiej cerkwi chodził jego pradziadek, dziadek, ojciec. Tutaj Andrzej ochrzcił swego syna. Kilka lat temu dołożył swoją cegiełkę do odnowienia prawosławnej świątyni i  wykonał do niej prestoł – sześcienny stół, na którym sprawowana jest liturgia.

Kilkanaście kilometrów dalej, tuż obok Gródka jest uroczysko Boryk –  znane fanom niezależnej muzyki białoruskiej z festiwalu „Basowiszcza”. Przez 30 lat powiewały tu biało-czerwono-białe flagi, zakazane na Białorusi, a niosące ideę wolności. W Boryku koncertowało wiele białoruskich zespołów: N.R,M, Ulis i  Neuro Dubel. Na „Basowiszcza” gościli: Kult, Lao Che czy Armia. Gródek i  Boryk to ważna część życia Andrzeja. Tutaj niejednokrotnie grał i  śpiewał ze swoimi zespołami: Rima i Ostrov.

Od dziadka, od taty

Stolarstwo od zawsze było obecne w życiu rodziny Popławskich. Hobbystycznie zajmowali się nim dziadek i ojciec Andrzeja. Stolarz Brodaty ze szczególnym sentymentem wspomina warsztat dziadka –  „człowieka orkiestry”. To była moja fascynacją, magiczne miejsce. Chyba każdy tak ma, że jak ojciec, dziadek, wujek coś robią w garażu, to dziecka to fascynuje – narzędzia, zapach… Jak to wszystko pachniało! Jeździłem do dziadków i marzyłem, żeby w  warsztacie wbić chociaż gwóźdź w  deskę –  opowiada Andrzej. –  Dziadek sam konstruował maszyny. Najpierw jedną tokarkę, potem drugą. W latach 70. i 80., kiedy była moda na tłoczenia, robił lampki i elementy drewniane – dodaje. To był człowiek orkiestra. Jak chciał wybudować dom, to sam zrobił dachówki i pustaki. Warsztat to było też hobby taty. Zajmował się jednak czymś innym zawodowo i nie miał czasu w pełni rozwinąć swojej pasji –wspomina. Po skończeniu szkoły metalowo-drzewnej na profilu stolarskim Andrzej szukał swego miejsca. Stolarstwo pojawiało się hobbystycznie raz na rok czy 2 lata. Potem zaczęły się studia. Wróciłem jeszcze raz do stolarni. Trafiłem na produkcję i nie do końca odpowiadała mi taka praca. Była fajna, ale robienie codziennie tego samego nie było dla mnie. Miałem troszkę większe ambicje – opowiada

Reklama
banner-przewodnik-architekta-300x250

Po studiach zaczął krótką przygodę z  produkcją przemysłową. To nie trwało nawet miesiąca. Wtedy przygotowywaliśmy się z Rimą do „Basowiszcza”. Zacząłem mieć mniej czasu. Bardziej angażowałem się w muzykę i wiedziałem, że tam już nie zostanę – wspomina. Później na wiele lat związał się branżą gastronomiczną. Razem z  kolegą przez wiele lat prowadzili „Alchemię”, legendarny lokal w  Białymstoku. Odpowiadali też za jego awangardowe wyposażenie. To było bardzo duże pole do artystycznych popisów. Większość rzeczy robiliśmy sami i była to nawet dobra zabawa – przyznaje. 

Stolarz Brodaty

Pomysł na Stolarza Brodatego pojawił się ok. 7 lat temu. Jak mówi Andrzej, zupełnie z  przypadku. Chciałem wtedy zrezygnować z  gastronomii i  szukałem swego miejsca. Wiedziałem, że coś potrafię. Nie traktowałem tego na poważnie, bardziej jak zabawę. Miałem warsztacik i  dłubałem. Potem na rok trafiłem do branży mechanicznej. Chciałem pójść na etat, o 16.00 zamknąć drzwi i mieć wolne. Nie wytrzymałem nawet roku. Kolejny raz wpadłem w rutynę i było to dla mnie zgubne – opowiada.

Pytam, czy dobrze czuje się w miejscu, w którym jest dziś. Bardzo dobrze, bo czuję, że się realizuję i mogę przy okazji zadbać o tradycję. Mogę coś po sobie zostawić –  mówi Andrzej. Wiem, że dużo ludzi tak mówi, ale ja nie chodzę do pracy. Sprawia mi ona przyjemność. Nie ma problemu, jeśli muszę zostać dłużej. Mam to szczęście, że wyrobiłem już sobie opinię, że jak jest coś nietypowego to ludzie przychodzą z tym do mnie. Inni zwykle rozkładają ręce i mówią, że się nie da. A u mnie odwrotnie: wszystko się da – zaznacza.

Nawet, jeśli zdarza mu się realizować projekty komercyjne, to one i tak, ze względu na materiał, są wyjątkowe. Bardziej kręcą mnie rzeczy twórcze, inne, nietypowe – mówi. Pytam o łatwość znajdowania klientów. Bardzo trudno jest pozyskać klienta, bo nie każdy się zdecyduje np. na dwumetrową mandalę. Poza tym, przy dzisiejszych cenach materiałów drzewnych, tym bardziej jest to kosztowne – odpowiada. Zaznacza też, że ludzie nie zawsze wiedzą, czego chcą i musi wtedy stawać w roli projektanta. Korzysta przy tym z  nowoczesnych technologii.

Sam się nauczył obsługi maszyn CNC. Jak kupiłem pierwszą maszynę to wiedziałem czego chcę. Wiedziałem do czego służy, ale nie wiedziałem jak działa. Musiałem ją sam zmontować, uruchomić. Wszystko przychodzi z  czasem. Wszystkiego człowiek się może nauczyć, a ja mam cały czas pragnienie nauki: czy to CNC, frezarki czy lasera –  mówi Andrzej. Podobnie jest z  projektowaniem: Bez projektowania graficznego moja praca nie miałaby dzisiaj sensu. Moją siłą jest to, że niemal cały czas zajmowałem się grafiką. Umiejętności i  znajomość programów do projektowania pozwala mi przenieść wzór na drewno i  wyeksponować go w ciekawy sposób.

W  firmie Stolarz Brodaty powstaje wszystko, co jest z  drewna i  jest powiązane z drewnem. Bardzo szybko zrezygnowałem z  pracy z  płytą. Pracuję ze sklejką i  litym drewnem. Jeśli klient chce łóżko, to będzie łóżko, jeśli parawany to będą parawany. Wykonuję ozdoby, ścianki działowe czy szafy. Tu nie ma produkcji. Nie ma jako takiego warsztatu stolarskiego. To jest miejsce, w którym powstaje wszystko: zaczynając od ikonografii po całe zestawy sypialniane i zdobienia domów – opowiada.

Podlaskie inspiracje

Muzyka była w  jego życiu od zawsze. Najpierw był Dom Kultury w Gródku, później bardzo długo śpiewał w  chórze cerkiewnym. Tworzyć zespoły zaczął w wieku 13-14 lat. Muzyka towarzyszy mi cały czas. To jest naturalne, że zawsze jest gdzie śpiewać – mówi Andrzej. W 2000 roku powstała Rima. Młodzi muzycy pisali o sobie: Śpiewamy częściowo po polsku i białorusku, a wynika to stąd, iż mieszkamy na terenach, które są pod wpływem obu kultur (bardziej pod wpływem białoruskiej). Graliśmy sporo koncertów na wielką skalę w  tym „Przystanek Woodstock 2001”. 14 lat później powstał Ostrov. Hardrockowe piosenki, z domieszką metalu i punka, Andrzej śpiewał zarówno w języku polskim, jak i białoruskim z uwagi na miejsce urodzenia i  dbałość o  tradycję. Ostrov pojawił się w programie „Must be the Music”. Jesteście fantastycznym zespołem –  tak z  entuzjazmem oceniła występ białostockiej kapeli Kora Jackowska.

Dlaczego Andrzej tworzy w języku białoruskim? To chyba wynika z tego, że jestem bardzo przywiązany do regionu i bardzo lubię jego kulturę. Czuję się zobowiązany, żeby zadbać o to, co zostało – odpowiada. Podkreśla też: Dzisiaj młodzież uważa, że mówienie po białorusku i korzystanie z tradycji to żaden wstyd. Kiedyś tak nie było. Może trochę przyczyniliśmy się do tego, że młodzież widzi dziś w  tym wartość. Niedawno zrobił powrót do przeszłości. „Stary Bałwany” –  to autorski projekt muzyczny, zrealizowany z zaprzyjaźnionymi muzykami, który obejmuje szkice muzyczne do kilkunastu coverów piosenek oraz muzyczne interpretacje wierszy dla dzieci, wykonane w konwencji rock-metalowej.

Podobnie, jak z  muzyką jest też np. z tradycyjnymi zdobieniami domów. Czuję się zobowiązany, że muszę coś dać od siebie – mówi Andrzej. Zwraca uwagę na rosnące ceny materiałów, klientów, którzy wolą wydawać pieniądze na rzeczy bardziej nowoczesne. Za pozytywne uważa próby ochrony dziedzictwa kulturowego przez osoby spoza regionu. Nabywcy odnoszą się z szacunkiem do drewnianej architektury, tradycyjnych zdobień. Ostatnio po rozmowie z dyrektorem Muzeum Wsi Podlaskiej doszliśmy do wniosku, że mamy tę samą misję. Zależy nam na tym, żeby zachować dziedzictwo, nie mieszać treści i wzorów. Warto pamiętać, że każdy region czymś się wyróżniał w  zakresie dekoracji domów: w  jednym miejscu były to ptaszki, gdzie indziej gwiazdki. W każdej wsi był rzemieślnik, który wykonywał wzory i nawiązywały do nich wszystkie domy w okolicy. Robiłem kiedyś realizację w  okolicy Brańska i  gospodarz, za moją namową, zdecydował żeby tradycja została zachowana – opowiada. Zdarzyło się też, że na południu Polski, w  okolicach Tarnowa, zrobił dom w  stylu podlaskim. Powód? Zleceniodawczyni miała podlaskie korzenie i w tym stylu chciała mieć urządzony swój dom. Mniej więcej połowa klientów Stolarza Brodatego pochodzi z  Podlasia. Jak zaznacza Andrzej, nie ma problemu, aby w dzisiejszych czasach myśleć lokalnie, a  działać globalnie i  z  Białegostoku wysyłać produkty do Niemiec czy Szwecji.

Francuzi, choć kochają malarstwo, polubili ikony wykonywane przez Andrzeja na drewnie. Motyw może być podobny, ale deski zawsze różnią się detalami, mają inny kolor. Klienci najbardziej cenią fakt, że są to rzeczy unikalne. Nikt inny nie ma takiej samej ikony, łóżka, czy kredensu –  mówi Andrzej. Większość ikonografii robi w  sposób intuicyjny. Pozwala mu na to osadzenie w tradycji i wrażliwość na detale. Inspiracją może być wszystko. Lubi oglądać wyposażenie cerkwi, ale jeszcze bardziej np. dzwonnicę z lat 30. XX wieku. Lubię patrzeć, jak cieśla połączył ze sobą belki. Mogę to przenieść na budynek, ale też np. nogę stołu. Z szacunkiem podchodzi do umiejętności dawnych mistrzów: Dzisiaj jest wielu stolarzy z bardzo dobrymi umiejętnościami, ale to, co robili kiedyś rzemieślnicy to jest mistrzostwo. Kilka lat temu wykonał prestoł do cerkwi w Mostowlanach. Na prośbę proboszcza, oprawił w ramy dębowy krzyż z  poprzedniego stołu liturgicznego. Nie wiem, czy dziś, korzystając z narzędzi cyfrowych, byłbym w stanie wykonać takie cięcie. Krzyż był robiony ręcznie, najprawdopodobniej w  XIX wieku –  opowiada z  zachwytem. Praca nad prestołem była dla niego niezwykłym doświadczeniem. Mogłem zostawić po sobie ślad w miejscu, gdzie jest początek mojej rodziny i gdzie ochrzczony został mój syn – mówi.

Nowe życie

Z  pasją opowiada także o  renowacji mebli. Bardzo lubi pracować z  przedmiotami, w  których widać czyjąś wiedzę i umiejętności. Za najciekawszą realizację uważa odnowienie szafy z lat 50. XX wieku. Andrzej jest pod wrażeniem umiejętności nauczyciela, który był jej autorem. Nie wiem, jak on zrobił taki mebel, jeśli nie był stolarzem. Szafa została zrobiona rękoma hobbysty, a  nie wiem, czy dzisiaj znalazłoby się wielu tak zdolnych fachowców – mówi. To był kunszt stolarstwa – dodaje. Praca nad renowacją szafy przyniosła satysfakcję i  równocześnie wyzwania. Wiele elementów trzeba było zrobić na nowo, ale tak, żeby wyglądały w starym stylu. Szukałem desek w  odpowiednim wybarwieniu – opowiada. Andrzej przyznaje, że bywają momenty, że nawet, gdyby wygrał miliony na loterii, nadal wykonywałby swoją pracę, żeby widzieć radość klientów. Opowiada o wzruszeniu córki nauczyciela, która odbierała odrestaurowaną szafę z lat 50. Ile radości potrafi wygenerować odnowiony kredens prababci z lat 70. XX wieku? Sporo, zwłaszcza jeśli jest prezentem świątecznym dla żony od męża. Myślę, że da dużo szczęścia tej rodzinie na kolejne lata –  mówi Andrzej. I  dodaje: Czasem praca nad renowacją mebla jest jak praca lekarza. Nie ma większej satysfakcji niż wyleczony pacjent.

TEKST: Diana Nachiło

Zapraszamy do lektury! „BIZNES.meble.pl” 3/2022.

Chcesz otrzymywać każde wydanie? KUP PRENUMERATĘ

ZOBACZ TAKŻE: Co w najnowszym „BIZNES.meble.pl”?

Dziękujemy, że jesteś z nami. By otrzymywać od nas aktualne i wartościowe treści 

ZAPISZ SIĘ DO BEZPŁATNEGO NEWSLETTERA portalu www.biznes.meble.pl

Jeśli chcesz być na bieżąco – obserwuj BIZNES.meble.pl NA FACEBOOKU