Branża

O powszechnym syndromie Zosi Samosi

Zdzisław Sobierajski.

O powszechnym syndromie Zosi Samosi

Od 27 lat pracuję dla przedsiębiorców wdrażających nowe produkty. Poznałem wielu, nietuzinkowych przedsiębiorców. Wiem, że nie ma dwóch takich samych. Każdy z nich myśli inaczej. Dla każdego istotne są inne wartości. Każdy stosuje inne kryteria w procesie decyzyjnym. Ale wszyscy mamy jedną cechę wspólną. Jesteśmy niesłychanie zaradni.

Reklama
Banner All4Wood 2024 - 750x100

Praktycznie w każdej firmie dla której wdrażałem nowe produkty znajdywałem dziesiątki „wynalazków” ułatwiających ludziom pracę. Pan Kazimierz, znajomy ślusarz, stosuje na określenie takich wynalazków brzmiący z niemiecka termin „szajs patent”, inni nazywają to „prowizorkami”. Jeszcze inni nie nazywają, ale z powodzeniem stosują. Polskie przedsiębiorstwa (a zwłaszcza te małe), są wylęgarnią innowacyjności procesowej i technologicznej. Niestety, znacznie gorzej jest z innowacyjnością ich produktów.

Najczęściej jesteśmy innowacyjnymi odtwórcami cudzych projektów. Pracujemy jako podwykonawcy większych firm, a szczytem naszych marzeń bywa zamówienie od zagranicznego odbiorcy. Wtedy używamy naszej wrodzonej kreatywności do tego, aby podnieść wydajność lub zbić cenę, kusząc zleceniodawcę tańszą ofertą. Niestety, konkurowanie niską ceną, jest najlepszą receptą na kryzys. Przecież najtańszy na rynku może być tylko jeden. Ten, którego za kilka miesięcy już nie będzie.

Dlatego ci, którzy rozwijają własne produkty i budują swoją markę, zawsze starannie to projektują. Powszechnie spotykany sposób na nowe wzory to naśladowanie zagranicznych produktów. Fotografujemy na zagranicznych targach, a zmodyfikowane kopie wykonujemy u siebie. Niestety, zdobywanie nowych rynków przy pomocy wzorów, które już na nich są, niesie konieczność konkurowania niską ceną. I paradoksalnie, znów musimy być najtańsi.

Możemy też składać „oryginalne” produkty z gotowych podzespołów, masowo produkowanych we Włoszech lub w Chinach. Z nielicznymi wyjątkami, tak powstają polskie fotele, krzesła, a nawet aparatura elektroniczna. Dostępne podzespoły OEM, są na całkiem dobrym poziomie technologicznym. Materiały i wzornictwo też są bez zarzutu. Polskie montownie „markowych produktów”, by tworzyć „własne autorskie” wzory mają w czym wybierać. Te firmy nie utrzymują działów rozwoju. Nie mają know how, ale za to kupują podzespoły bez konieczności ponoszenia nakładów na badania, projekty i wdrożenia. To jest sedno ich konkurencyjności na rynku.

Na szczęście rośnie rzesza przedsiębiorców, którzy przy pomocy własnych skromnych środków opracowują nowe wzory i konstrukcje. Oni wybierają dwie drogi rozwoju swoich firm. Za „unijne”, lub za swoje. O zbawiennym wpływie finansowania unijnego na rozwój MŚP napisano już dość peanów. Osobiście, pracując przy wielu takich projektach, zauważyłem kilka charakterystycznych cech. Np. bezsensownie długie czasy rozpatrywania wniosków i nieracjonalne terminy wykonania wdrożeń. Konieczność ogłaszania przetargów dla podwykonawców opartych o kryterium najniższej ceny. Dyskomfortem jest z góry zdefiniowany we wniosku zakres pracy, którego nie można zmienić. Gdy w trakcie projektowania pozyskujemy nową wiedzę często widzimy, że dla zachowania ekonomii procesu, należy zmienić lub znacznie zmodyfikować wcześniejsze założenia projektowe. Mamy  wtedy na nogach „unijne kajdany”, bo w procesie realizowanym z unijnym dofinansowaniem już się tego zrobić nie da.

Znam wiele przypadków, które były mozolnie kontynuowane tylko po to by rozliczyć wniosek o dofinansowanie. Dla właścicieli firm, była to strata czasu i wyłożonych  własnych pieniędzy. Dlatego, chcąc efektywnie inwestować, najlepiej jest wdrażać za swoje. Dla mnie najbardziej intrygująca jest właśnie ta grupa przedsiębiorców, a właściwie ich znaczna część. Skromność środków inwestycyjnych konkuruje u nich z wolnością decyzyjną. Objawia się to popularnym syndromem Zosi Samosi. Przy dużej otwartości na zmianę, oraz silnej determinacji do jej wdrożenia, wszystko robią sami. Nawet, gdy zatrudnią dizajnera do projektowania, to wyręczą go w procesie projektowym.

Z moich obserwacji wynika, że pokazywanie palcem jak i co ma być zaprojektowane, automatycznie zwalnia dizajnera z myślenia oraz odpowiedzialności za jakość i sukces rynkowy produktu. Jednocześnie ten proceder, nigdy nie uczynił właściciela palca dobrym projektantem. Na rynku znajdziemy dużo kiepskich produktów, które są kosztowną emanacją syndromu Zosi Samosi. Ubocznym skutkiem tego procederu, jest powszechna, negatywna opinia o „dizajnerach co tylko ładne szlaczki projektują”. Oczami mojej wyobraźni widzę,  jak uzależnieni od syndromu Zosi Samosi przedsiębiorcy, nakazują swojemu dentyście, jak ma borować i wstawiać im koronki.  Biznesowe Zosie Samosie, rozpoznamy wtedy po uśmiechu.

A jak wyleczyć syndrom Zosi Samosi? O tym w następnym felietonie.

TEKST: Zdzisław Sobierajski