Branża

Czujemy się rzemieślnikami 2.0

Mateusz Nowotnik, właściciel firmy Miloni.

Czujemy się rzemieślnikami 2.0

Mateusz Nowotnik, właściciel firmy Miloni, o miłości do drewna, dostępności do surowca, źródle jakości stołów i potrzebie kolektywnego działania.

Jak wyglądała Twoja droga do Miloni?

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Karierę zawodową zacząłem jeszcze na studiach, zanim obroniłem dyplom. Jestem inżynierem mechanikiem. Pracę zaczynałem w branży drzewnej. W Porta Drzwi zajmowałem się utrzymaniem ruchu. Muszę przyznać, że w codziennym życiu fabryki, oglądaniu wszystkiego od środka, można się było dużo nauczyć. Wiedza i doświadczenie zaowocowały, kiedy byłem odpowiedzialny za produkcję zakładu w Ełku, a później podczas kierowania działem technologii i rozwoju. Zawsze miałem z tyłu głowy, że chciałbym robić coś swojego, może dlatego, że u nas rodzinnie jest to dosyć popularne.

Kiedy podjąłeś taką decyzję?

W pewnym momencie stwierdziłem, że jeśli nie spróbuję teraz, to nie spróbuję wcale. Nacisnąłem guzik „Eject” z tego systemu w dosyć trudnym dla siebie czasie, bo jednocześnie budowałem dom na Kaszubach, gdzie się wychowałem. Chciałem założyć swoją firmę w branży drzewnej. Okazało się, że z moim szwagrem Przemkiem Fornalem, który jest projektantem przemysłowym i technikiem meblarstwa, mamy podobne cele i ambicje. Obydwaj mieliśmy doświadczenie: ja trochę bardziej biznesowe, on projektowe. Stwierdziliśmy, że połączymy siły i założymy firmę, która będzie produkowała stoły. Doszliśmy do wniosku, że na rynku brakuje fajnych, prostych stołów wysokiej jakości. 10 lat temu firm oferujących tego typu produkty było zdecydowanie mniej niż dzisiaj.

Od czego zaczęliście?

Zaczęliśmy od prototypów. Trzeba dodać, że ze stolarką mam do czynienia od urodzenia, bo od kiedy pamiętam, mój ojciec prowadził swoją stolarnię. Mieliśmy gdzie robić modelowanie i sprawdzać, jak to wygląda. Znaliśmy też stolarzy, z którymi na początku kooperowaliśmy. Mieliśmy od czego zacząć. Po dość krótkim czasie Przemek doszedł do wniosku, że projektowanie jest fajne, ale rozwijanie produkcji, kupowanie maszyn, zatrudnianie ludzi to nie do końca jest to, co on lubi robić i nasze drogi się rozeszły. Miloni przejąłem ja. Nadal jednak część stołów z naszej oferty oparta jest na jego projektach.

W którym roku przejąłeś Miloni?

To był rok 2014. Miloni wtedy w zasadzie dopiero zaczęło się rozwijać, co bardzo mi odpowiadało. Zacząłem działać i inwestować, z nastawieniem aby być możliwie niezależnym, żeby mieć wpływ na jakość tego, co robimy od początku do końca. Jasnym celem było uzyskanie maksymalnej kontroli nad każdym etapem produktu i w ten sposób zapewnienie optymalnej jakości.

Skąd nazwa firmy?

To znów historia rodzinna. Jak zaczynaliśmy z Przemkiem, to trzeba było wybrać nazwę firmy, a my nie mogliśmy się na nic zdecydować. Pomogła nam w tym moja siostra, która przygotowała listę miękko brzmiących, niezbyt długich nazw. Ważne też było, aby miała wolną domenę. Później się okazało, że Miloni to hinduskie imię żeńskie.

Czy zakład taty to była duża manufaktura?

Nie, to był mały warsztat stolarski: tata i kilka osób, robiący usługowo rzeczy z drewna na lokalny rynek.

Jest teraz w strukturach Miloni?

W 2016 tata i jego dwaj doświadczeni pracownicy przenieśli się do naszej firmy. Zarządza organizacją produkcji i technologią. Jest majstrem w najlepszym, tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Zresztą od lat go tak tytułujemy, nawet w domu. Można go znaleźć przy wszystkich działaniach produkcyjnych i potrafi zastąpić każdego, co jest dla mnie niezwykle cenne. Tato pilnuje procesu produkcyjnego i czuwa nad jakością. Razem zastanawiamy się jak ulepszać to co robimy i w jaki sposób to robimy. To niekończąca się praca do której starami się wciągnąć cały zespół.

Jesteście firmą rodzinną. Jak w tej chwili wygląda podział Waszych kompetencji?

Moja żona Magda z wykształcenia jest architektem. Skończyła architekturę na Politechnice Gdańskiej. Projektowała, miała swoją firmę i w tym kierunku się rozwijała. Im większe było Miloni, tym większe było zapotrzebowanie na zdjęcia, marketing, skład katalogów, kontakty z architektami, projektantami – całą otoczkę, która buduje markę. Ja na to kompletnie nie miałem czasu. Dbałem o podstawowe rzeczy związane z produkcją, ale nie mam takich kompetencji i nie jestem tak uzdolniony, jak moja żona.

W pewnym momencie musieliśmy podjąć decyzję, czy Magda się tego podejmie, czy zatrudniamy kogoś z zewnątrz. Nie wiedzieliśmy, jak nam się będzie pracowało, bo nie mieliśmy takich doświadczeń. Nie było jednak problemów. Jasno określiliśmy sobie, że budowanie marki, fotografia, strona internetowa, katalogi, identyfikacja marketingowa i komunikacja to pole działań Magdy. Ja mam głos, jeżeli chodzi o pieniądze, bo tym zarządzam w firmie, ale nie wchodzimy sobie w drogę. Ona ma pełną autonomię. Dobrze to działa.

Z tatą ustalamy tematy związane z organizacją produkcji, inwestycjami i wdrożeniami nowych wyrobów. Moje kompetencje to cała reszta, czyli wszystkie rzeczy związane z finansami, zakupami, inwestycjami i z technologią. W pracach biurowych wspomagają nas jeszcze dwie osoby. Sylwia – technolog odpowiedzialny za dokumentację produkcyjną tą do mebli standardowych i tych na zamówienie klienta. Mamy też w zespole Mirka, który jest naszym kierownikiem sprzedaży. Przyjmuje zamówienia od klientów indywidualnych i od salonów, ale obsługuje logistykę i część zaopatrzenia. Najważniejsi są jednak ludzie na produkcji – razem około 20 osób. Bez nich nasze działania nie miałyby sensu – to doświadczeni fachowcy, łączący wiedzę i doświadczenie z pewnymi rękoma. Ważne są także ich kompetencje w przyuczaniu do zawodu nowych adeptów sztuki stolarskiej.

W wielu wywiadach podkreślałeś rolę doświadczenia pracowników.

Bazą są wiedza oraz doświadczenie techniczne taty i pracowników produkcji w połączeniu z moim doświadczeniem w dużym biznesie drzewnym. Cały czas budujemy zespół i jest to praca u podstaw. Kształcimy uczniów w zawodzie stolarz, będąc członkami Cechu.

Tak?

Tak. Nie da się w Polsce być niewielkim przedsiębiorcą i kształcić młodocianego pracownika, jeśli nie jest się członkiem Cechu. Inne możliwości mają tylko ogromne fabryki. Od ubiegłego roku kształcimy w zawodzie stolarza uczniów szkół zawodowych, oraz bytowskiego technikum drzewnego. Staramy się, żeby uczestniczyli w różnych pracach. W przypadku uczniów technikum to tylko jeden dzień w tygodniu – reszta ich nauki jest tylko teoretyczna. Naszym celem jest połączenie wiedzy podręcznikowej z rzeczywistością.

Tak naprawdę podstawowe działanie jest takie, żeby zrozumieli, w czym biorą udział i znali odpowiedź, dlaczego to robimy. Myślę, że Miloni to dobre miejsce do szkolenia i przygotowywania ludzi. Jesteśmy wyjątkowym zakładem, bo przy stosunkowo niewielkiej skali pracujemy z drewnem od początku do końca: od projektowania, zakupu kłody w lesie, przez przetarcie, sezonowanie, suszenie, obróbkę wstępną, aż po gotowy mebel i wysyłkę. Mogą mieć kontakt z każdym z procesów i z każdą odpowiedzialną za niego osobą.

Czy czujecie się spadkobiercami tradycji rzemieślniczej?

To jest pytanie, na które trudno odpowiedzieć. Co dzisiaj znaczy rzemiosło? Rzemieślnik to był ktoś, kto miał fach w ręku i był mistrzem w swoim zawodzie. To, co robił, było dobrej jakości, a czasami doskonałej, wykuwał miecze, robił meble, rzeczy ze skóry, ceramikę. To byli najlepsi z najlepszych. Często to były też dosyć drogie produkty. Dzisiaj rzemiosło przeszło na etap 2.0, gdzie zakład rzemieślniczy nie polega na tym, że robimy coś prostymi narzędziami, pracą naszych rąk, tylko towarzyszą nam maszyny.

Technologia jest kluczowa, ale też dwie inne rzeczy są ważne: świadomość człowieka i mimo wszystko operacje manualne. Bardzo dużo jest takich czynności, gdzie drewno trzyma się w rękach. Tutaj nie ma żadnej powtarzalności, to człowiek podejmuje decyzje czy z tego kawałka wyciąć to, czy zrobić coś innego, czy ta deska pasuje do kolejnej która w meblu będzie obok. Nie da się tego w żaden sposób zautomatyzować. Dlatego firm, które robią wysokiej jakości meble i bazują na selekcjonowanej jakości drewna, nie jest zbyt wiele. Dlaczego? Bo trudno znaleźć ludzi w danym fachu. Tego typu produkcja jest skazana na rzemieślnictwo. Czy czujemy się rzemieślnikami? Tak. Czujemy się rzemieślnikami 2.0. Nie chcemy odstawać od technologii, natomiast chcemy mieć dobrych ludzi, fachowców, bo żadna maszyna ich nie zastąpi.

A propos technologii, chciałabym zapytać o innowacje, np. trójwarstwową metodę klejenia drewna.

Może to nie jest innowacja na skalę światową, bo są firmy, które tak działają, natomiast jest ich bardzo niewiele. Chodzi o to, żeby wydobyć z drewna wszystkie jego zalety i wyeliminować wady, których jest całkiem sporo. Zaczęliśmy od blatów, które były lite, klejone, wzmacnianie od dołu profilami stalowymi, żeby się nie wypaczały, nie gięły. Mieliśmy jednak świadomość, że to jest półśrodek.

Tu trzeba zacząć od początku, skąd się bierze jakość. Po pierwsze, zaczyna się już od lasu, kiedy wybieramy drewno. Później jest sposób, w jaki je przecieramy, żeby uniknąć wad materiału. Potem dajemy temu drewnu odpocząć i je sezonujemy przynajmniej 2 lata. Następnie suszymy je w bardzo zaawansowany sposób w suszarni próżniowej, właściwie tylko dosuszamy do poziomu wymaganego dla mebli pokojowych. Jakość zaczyna się więc od surowca i jego przygotowania.

Później jest obróbka i dopiero wtedy możemy zrobić blat. Porządnie, to znaczy w technologii takiej, że kleimy go z trzech warstw. Warstwy są krzyżowo ułożone po to, aby uzyskać maksymalną stabilność. To jest technologia, która pozwala nam bezpiecznie oddawać produkty klientom, szczególnie rozkładane. Jak się zwykły stół skurczy 5-6 mm między sezonem grzewczym a latem, to użytkownik może tego nie zauważyć. Jak jest dobrze zrobiona konstrukcja, to nikomu to nie przeszkadza. My jednak specjalizujemy się w stołach rozkładanych. Tam nie ma miejsca na niedopasowanie – rozszerzenie może uniemożliwić rozłożenie stołu. Ta technologia doskonale się do tego sprawdza, bo klejony krzyżowo blat zachowuje swoje wymiary niezależnie od warunków.

Mamy pewność, że stół będzie działał dzisiaj i będzie działał za rok, za dwa i za dziesięć lat. Na tym nam zależało, żeby oddać klientowi jakościowy produkt – łatwy do użytkowania go przez wiele lat.

Powiedziałeś, że rynek szybko pokazał, że potrzebuje tego typu produktów.

Tak, ale pamiętajmy, że stół jest ważnym meblem. To nie przypadek, że na nie postawiliśmy. Od razu postanowiliśmy, że nie będziemy robić masówki i nie będziemy produkowali z płyty, bo przegramy z wielkimi, którzy potrafią to zrobić szybciej, taniej i wydajniej. Chcieliśmy się wyspecjalizować w drewnie. Postawiliśmy na dąb. To też był w sumie naturalny wybór. Chociaż mamy w ofercie komody, szafki RTV, krzesła i inne elementy uzupełniające, to są tylko dodatkami. Miloni to firma robiąca stoły, bo wolimy robić jedną rzecz porządnie. I nie chodzi tylko o wiedzę, ale też marketing. Chcemy być kojarzeni z tym, co robimy najlepiej. Łatwiej nam się pokazywać z jednym typem produktów, żeby zapaść w pamięć potencjalnego klienta, że Miloni to stoły.

Po drugie, musi być dobrze dobrany park maszynowy, bo zupełnie inaczej się robi krzesła, a inaczej stoły. Jedno i drugie jest techniką stolarską, więc na to chcieliśmy postawić – chcieliśmy specjalizować się w stołach. Jesteśmy małą firmą – to nasza droga specjalizacja i dopracowanie detali.

Jaka jest dostępność do materiału, z którego powstają, czyli drewna?

To jest bardzo szeroki temat, więc powiem o tym, co jest dla mnie największym problemem. To, co się dzieje na aukcjach internetowych oraz portalu leśno-drzewnym, pokazuje, jak wygląda rynek. Najcenniejsze drewno dębowe, które rosło u nas około 200 lat, jest sprzedawane na submisjach. Dlaczego mnie to boli? Lasy uważają, że sprzedawanie najcenniejszego drewna w kłodzie klientom zagranicznym, jest prestiżowe, że możemy pokazać że taki surowiec mamy. Czy faktycznie można to nazwać prestiżem? Wiadomo, jak wygląda submisja – najładniejsze drewno wjeżdża na plac i pokazywane jest całemu światu, żeby odbiorcy mogli je obejrzeć i kupić.

Spotykamy się na takim placu z firmami z Europy Zachodniej i rozmawiamy z nimi: co tu robią, czego szukają, jak wygląda u nich rynek. Nasza polska gospodarka jest młoda. Ja nie znam firm z branży, które mają 100 lat tradycji i dzisiaj funkcjonują tak, jak funkcjonowały. Może nazwy zostały, ale dzisiaj są to inne podmioty. Realnie najstarsze firmy mają po trzydzieści kilka lat.

Trudno jest nam polskim firmom konkurować z kapitałem zachodnim. Spotykamy ludzi z tartaku z Włoch, których zakłady mają 99 lat. Mówią: „Ale macie piękne dęby, nigdzie w Europie nie ma takiego pięknego surowca. Super, że możemy go kupić”. Nie dziwę się im, że korzystają. Później dostajemy wyniki submisji i okazuje się, że w Polsce zostało kilka procent, a reszta wyjechała za granicę. Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że Polska na tym nie zarabia. Nikt nie odprowadzi do kasy państwa podatków i VAT-u, jak sprzedamy to w kłodzie, a nie w meblu. Polski pracownik nie zarobi. Submisja jest tylko i wyłącznie wymysłem Lasów Państwowych.

Jak wygląda ona w praktyce?

Rozmawiamy z leśnikami, którzy mówią: przejeżdża do nas brakarz z dyrekcji regionalnej, i zaznacza jakie sztuki zostaną zarezerwowane na submisję, każe nam je wyciąć z nadmiarami, przywieźć na plac submisyjny, umyć na placu. Normalnie Lasy się transportem nie zajmują.  Dla leśników to marnowanie czasu. A my jako przedsiębiorcy nie mamy żadnej innej możliwości kupienia cennego drewna. To, co mamy w historii zamówień i portalach, to są resztki i gałęzie po submisji. Na drewno portalowe podpisujemy umowę, z której nie wynika jakiej jakości drewno będziemy mogli kupić. Takiej, jaka będzie.

Przyjeżdżamy do lasu, patrzymy. Leśnik mówi: mamy to, reszta pojechała na submisję. Co z tego, że dobre drewno na Portalu Leśno-Drzewnym kosztuje kilka razy mniej, niż na placu submisyjnym, jeśli go fizycznie nie ma. Czujemy się oszukiwani. A „najlepsze” jest to, że Lasy Państwowe wcale nie mają obowiązku robienia submisji. Jeszcze niedawno była to marginalna praktyka, dziś sprzedaje się tak niemal całe drewno wysokiej jakości – nie tylko dębinę, na której akurat nam zależy.

Lasy jako instytucja państwowa powinny nam dać możliwość korzystać z tego dobra narodowego, które rośnie kilkuset lat. Z nowych, obwieszczonych nam w tym roku zasad wynika, że wystarczy być zarejestrowanym w UE i jest się równoprawnym użytkownikiem polskich lasów. To ja bym chciał, żeby było odwrotnie, a tak nie jest. Nie pojadę do Niemiec i nie powiem, że u nich kupię drewno na preferencyjnych warunkach. U nas dostaje się punkty za punkt przerobu, który jest na terenie UE. Nie mogę tego pojąć. Popyt jest.  Drewno mamy najdroższe w Europie, prąd mamy jeden z droższych w Europie. Praca jest coraz droższa. Podatki – nie będę się wypowiadał. Czym mamy zatem konkurować?

Czynnikiem konkurencyjnym jest też design. Jak określiłbyś styl Miloni?

Gdybym miał określić jednym słowem – prosty. Design zawiera w sobie znacznie więcej znaczenia niż wzornictwo. Bo z jednej strony jest to, co widzi klient, oceniając czy coś mu się podoba, czy nie. W ramach tego, co widać, razem z Tomkiem Rygalikiem wybraliśmy kierunek, który Tomek nazwał antyobrzeżem. Krótko mówiąc: obłości i takie kształty w drewnie, których się nie da zrobić, udając drewno. W ten sposób możemy podkreślić naturalny urok drewna nie tylko w prostych cięciach czy frezowaniach, ale też w bardzo miękkich kształtach. Nowe rzeczy, które będziemy niebawem pokazywać, też takie będą. Dalej staramy się, żeby to było proste wzornictwo. Tam nie ma zbyt dużo dodatków. Drewno się ceni samo w sobie, a my stawiamy na prostotę w myśl hasła: im mniej, tym więcej.

Drugi aspekt to funkcjonalność. Dbamy, żeby proces był optymalny pod względem wykorzystania materiału, energii i tego, jak klient użytkuje produkt. To są świadomie przemyślane decyzje i w niej każdy kawałek ma swoje zastosowanie. Dbamy o konstrukcję stołów rozkładanych, co nasi klienci doceniają i w czym jesteśmy dobrzy. Mówimy też o aspekcie ekologicznym, zarówno jeśli chodzi o zrównoważoną politykę leśną, jak i maksymalne wykorzystanie materiałów i zminimalizowanie śladu energetycznego.

Czy zamierzacie podejmować współpracę z innymi projektantami?

Myślę, że tak. Jesteśmy jeszcze na etapie współpracy z Tomkiem, ale w przyszłości będziemy szukać też innych projektantów. Tworzy się bardzo ciekawa grupa młodych ludzi, którzy doświadczenie zdobywali za granicą, a teraz działają na rodzimym gruncie. Ich doświadczenie rośnie, jest w kim wybierać. Rynek się po prostu rozwija.

Powstanie akcji Kolektywni zostało uznane przez użytkowników naszego portalu biznes.meble.pl za jedno z najważniejszych wydarzeń ub.r. Skąd potrzeba kolektywnego działania?

Na początku ubiegłego roku zastanawialiśmy się, co możemy zrobić, żeby być mocniejsi, żeby wzmocnić przekaz, że w naszym kraju działają firmy rzemieślnicze robiące fantastyczne, dobrej jakości produkty

Magda powiedziała: porozmawiajmy z producentami. Robię sesje zdjęciowe, mogę pokazać nie tylko stół, ale też jakąś komodę, krzesło czy regał. Gdyby to zrobić z naszymi polskimi firmami, to jest wartość”. Spontanicznie grono kolektywnych stworzyły marki: Borcas, Loft Decora, Nobonobo, Swallow’s Tail i Miloni. Powiedziałem: zróbmy poważną akcję marketingową, pokażmy się. Zaczęliśmy się systematycznie spotykać i rozmawiać ze sobą. Okazało się, że to są super ludzie. Dzisiaj nie ma tygodnia, żebyśmy do siebie nie dzwonili.

Nasze hasło to: „Więcej nas łączy, niż dzieli”. Nie patrzymy na siebie jak na konkurencję. Żeby pokazać, że jesteśmy, robimy wspólne akcje, była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, przygotowujemy sesję wielkanocną z naszymi produktami. Wspieramy się wzajemnie informacjami. Działamy grupowo. Nie jesteśmy tego nauczeni, ale dlaczego nie mielibyśmy się tego uczyć i pokazywać, że się da. W grupie zawsze jest siła. Jak popatrzymy sobie na rynek niemiecki, to tam nie ma hydraulika niezrzeszonego z innymi hydraulikami. Tych korzyści jest naprawdę dużo. Rzecz się dopiero rozwija, ale już teraz wiemy, że to świetny pomysł, aby pokazać polskie rzemiosło, to, że produkuje się u nas wyjątkowe przedmioty.

Dlaczego podjęliście się edukacji o designie poprzez akcję Kolektywni, ale też Wasz blog?

Chcemy pokazać, gdzie jest prawdziwa wartość produktów i procesu. Świadomy odbiorca zupełnie inaczej patrzy na nasz produkt, który nie jest masowo wytwarzany. Jego cena wynika z materiałów i ich obróbki. To jest edukacja i o designie, i o konsumpcji surowców, i o tym, żeby kupić stół na lata. Nasi odbiorcy, klienci i osoby trzecie – my widzimy, że oni to doceniają. Oczywiście, to wymaga energii, ale buduje rozpoznawalność i buduje markę, jako ekspercką.

Możemy to robić, bo tę wiedzę mamy. Kwestia tego, czy chcemy się nią podzielić i zaangażować czasowo. I to działa. Blog też jest bardzo fajnym narzędziem, bo jest do czego odesłać klientów. Ktoś pyta: Panie Mateuszu, czemu olej, a nie lakier. Nie ukrywamy tego jak pracujemy, tylko pokazujemy na filmiku jak to zrobić, żeby było dobrze. Ludzie często doceniają nie tylko to co robisz ale również dlaczego to robisz. To łączy się z Kolektywnymi – promowanie polskiego rzemiosła i pokazanie, że robimy się wysokiej klasy polskie produkty.

Miloni ma bardzo żywe, ciekawe i dobrze prowadzone media społecznościowe. Czy widzicie, że one służą budowaniu relacji z klientami i promocji marki?

Na pewno stanowią kanał dotarcia do klienta. Jeśli ktoś potrzebuje mebli, to szuka ich najpierw w Internecie. Są dwie grupy: albo klienci robią to sami, albo zlecają projektantom. Do jednej i do drugiej grupy trzeba dotrzeć. Media społecznościowe są fajne, bo dają relatywnie tanią możliwość dotarcia do klienta. Wrzucenie posta na Instagram czy Facebooka nie wymaga zaangażowania informatyka. Dla nas to jest ważne. To jest głównie zasługa Magdy. Ona pilnuje, aby każda nasza aktywność w Sieci była jakościowa, żeby to było spójne.

Staramy się też znajdować fajne aranżacje robione przez architektów i je pokazywać, promować. Jak projektanci przygotowują sesję fotograficzną, to wiedzą, że mogą zrobić kilka kadrów na stół, który my chętnie pokażemy. Wszyscy na tym korzystają, tylko trzeba ze sobą rozmawiać i chcieć. Media społecznościowe są dziś niechybnie ważne. Nierzadko dzwonią klienci, prosząc o zdjęcie telefonem z produkcji, tak na szybko, bo ciężko im uwierzyć, że to, co widać na portalach społecznościowych, jest prawdziwe, a nie retuszowane. Wtedy pokazujemy im też opinie klientów na FB i google ze zdjęciami w naturalnym środowisku. To jest autentyczne i trudno o lepszą rekomendację.

Przestrzegam jednak przed jedną rzeczą siebie i innych. Nie należy oceniać świata przez pryzmat Facebooka, Instagrama i innych podobnych serwisów. Dość łatwo zrobić ładne zdjęcie produktu, ale jego jakości podrobić się nie da.

Dziękuję za rozmowę.

ROZMAWIAŁA: Diana Nachiło

Wywiad opublikowany został w miesięczniku BIZNES.meble.pl, nr 3/2022