Branża

Otworzyć granicę

Ksenia Kaniewska.

Otworzyć granicę

Rozmowa z Ksenią Kaniewską, promotorką młodego designu krajów byłego bloku wschodniego.

Czy za naszymi wschodnimi granicami powstaje dobre wzornictwo?

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Z moich doświadczeń wynika, że nawet w najtrudniejszych warunkach mogą powstawać przedmioty dobrze zaprojektowane. Czas pokazuje, że przy właściwie ugruntowanej podstawie teoretyczno-warsztatowej można tworzyć rzeczy na wysokim poziomie, niezależnie od tego, czy jest się projektantem niezależnym, czy też pracującym na etacie w państwowym zakładzie pracy. Najbardziej interesuje mnie tak zwane pokolenie postransformacyjne. Szukam młodych ludzi, którzy funkcjonują w warunkach ukształtowanych po upadku Związku Radzieckiego, bo wiem, że mają naprawdę ogromny potencjał.

Przybliżeniem ich sposobu myślenia były wystawy: „… i obudziłem się w Europie” dedykowana wzornictwu ukraińskiemu, a pokazana w 2011 r. na „Łodź Design” oraz „Bóg Humor Ojczyzna. Projektowanie rosyjskie” zaprezentowana w ramach Gdynia Design Days w 2012 r. We wrześniu będzie miała miejsce wystawa poświęcona designowi białoruskiemu. Skąd w Pani przekonanie, że obszar wschodni jest interesujący wzorniczo?

Najlepszym przykładem, że na Wschodzie dzieją się ważne i ciekawe rzeczy, jest przyznana w tym roku Białorusinom nagroda Red Dot za projekt mammografu. Białoruski koncern zupełnie nie zabiega o promocję produktu, docenili go natomiast Amerykanie, którzy chcą wdrożyć projekt do produkcji. Uważam, że za kilka lat to właśnie wschodnie wzornictwo zdominuje europejskie rynki. Zachód utknął w marazmie i, jak pokazują kolejne targi w Mediolanie czy Paryżu, z roku na rok zachodni projektanci coraz mniej już nas zachwycają i zaskakują. Tutaj praktycznie nic się nie dzieje. W tym roku na pierwszy plan wysunęli się genialni warsztatowo młodzi Japończycy, ale wierzę, że to twórcy z krajów byłego bloku wschodniego zaprojektują świat, w którym będziemy mieszkać za 20, 30 lat.

Czy właśnie dlatego poświęca Pani sporo swojego prywatnego czasu na organizację wystaw, które we wrześniu zamkną się w tryptyk wystaw obejmujący Ukrainę, Rosję i Białoruś?

Na to się złożyło kilka rzeczy. Skończyłam historię sztuki i jestem absolwentką filologii ukraińskiej. Zrobiłam też studia kuratorskie, a pierwszym projektem, który przygotowałam była wystawa polskiej sztuki współczesnej pod kierownictwem Andy Rottenberg. To była niezła szkoła życia, ale właśnie to doświadczenie pokazało mi, w jakim kierunku chcę iść.

Dlaczego?

Kurator musi być sprawną merytorycznie i biznesowo osobą, a przy tym niezwykle otwartą na ludzi. Robię najfajniejszą rzecz w życiu. To pewnie nietypowe dla dzisiejszych czasów, ale mój zawód jest jednocześnie moją pasją. Na co dzień pracuję etatowo w redakcji „Elle Decoration”, gdzie zajmuję się wzornictwem. Projekty wystawowe realizuję po godzinach. Moim zadaniem jako animatora kultury jest znalezienie młodych, zdolnych ludzi (ja zdecydowałam, że głównie ze Wschodu) i poprzez prezentację ich prac w Polsce przekazanie im wyraźnego komunikatu: uwierzcie w siebie i śmiało ruszajcie zdobywać Zachód, bo dzięki temu nam wszystkim będzie się żyło łatwiej.

Bez takiego wsparcia trudno wyruszyć do Europy Zachodniej?

Młodzi projektanci z krajów byłego bloku wschodniego praktycznie w ogólne nie mogą liczyć na wsparcie ze strony swojego kraju. Spotkałam się z tym problemem zarówno podczas organizacji wystawy wzornictwa ukraińskiego, jak i rosyjskiego. Muszę jednak przyznać, że w obu tych przypadkach nie było tak trudno przebrnąć przez kwestie formalne, jak ma to miejsce teraz, w przypadku Białorusi. Jeśli coś może być przeszkodą, to na pewno nią będzie. Gdyby młodzi ludzie mieli wsparcie ze strony państwa, czy instytucji, byłoby zupełnie inaczej.

ZOBACZ TAKŻE: Kraina z czarną perłą

Dodatkowo, projektantów w ogólne nie uczy się jak promować siebie i swój produkt. Wychodzą ze szkół i zupełnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić, jak przekuć swój talent na gotowe realizacje. Trzeba im za wszelką cenę pomóc. Z doświadczeń mojego brata Janusza Kaniewskiego (designer, art director, wykładowca – przyp. red.) wiem, jak bardzo takie wsparcie z zewnątrz może być potrzebne, zwłaszcza na początku pracy zawodowej.

Pani brat uważany jest za jednego z najzdolniejszych projektantów młodego pokolenia. Przy tym, jest osobą wszechstronną. To u Państwa rodzinne?

U nas w rodzinie połączyły się dwa rodzaje wrażliwości i sposobów myślenia. Rodzina mamy, która mieszka w Odessie, to malarze i rysownicy od wielu pokoleń. Obrazy pradziadka Wołodymyra Krychackiego do dziś wiszą w galerii państwowej. Z kolei tata jest inżynierem. Co ciekawe, dziadek ze strony taty też miał umysł wynalazcy. Tato zajmował się kiedyś zawodowo projektowaniem samochodów na Politechnice Warszawskiej, czyli tym, czym zajmuje się dziś mój brat, wykładając jednocześnie na uczelniach we Włoszech i w Wielkiej Brytanii. Ja nie jestem artystką, ale chcę wspierać ludzi, którzy tworzą.

To ciekawe…

W historii Janusza widzę podobieństwo do losu młodych projektantów z Europy Wschodniej. Studiował w Polsce w czasach, kiedy nie byliśmy jeszcze w Unii Europejskiej. Wygrał konkurs na projekt samochodu i wyjechał za granicę. Polska nie uznawała edukacji zdobytej w innych krajach, bo chciała, żeby studiowano tutaj. Nie gwarantowała jednak poziomu edukacji, jaki dawały inne kraje. Janusz skończył studia we Włoszech i zaczął wykładać za granicą. Jednocześnie cały czas miał status uciekiniera. Kiedy otworzyły się granice, weszliśmy do Unii, automatycznie dostał zielone światło. Dziś może pracować zarówno w Polsce, jak też dla firm zagranicznych. Podobny potencjał i szanse widzę w młodym pokoleniu Ukraińców, Rosjan i Białorusinów, których chcę promować.

Czy to może coś zmienić?

Projektanci ze Wschodu z racji uwarunkowań geopolitycznych funkcjonują jakby w drugim obiegu, wyrzuceni poza nawias. Nawet w XXI wieku nie daje się im takich możliwości, jak twórcom z innych krajów. Nie są w stanie obejść pewnych zakazów, przekroczyć wszelkich granic, czy pokonać przeszkód, jak choćby tych związanych z cłem, czy wizami. Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini mają wszystkie narzędzia pozwalające śledzić co się dzieje na świecie (media, Internet), a jednocześnie, chcąc podążać za tym nurtem, cały czas mają świadomość, że pozostają w tyle. A Zachód o nich, nieobecnych, zapomina. Sposób, w jaki sobie z tym radzą, interesuje mnie najbardziej.

A radzą sobie?

Uważam, że sobie radzą i są przy tym niesamowicie dzielni.

Czy białoruscy projektanci są na tyle ciekawi, żeby zainteresować polskich przedsiębiorców?

Genialne są projekty autorskie, które powstają niezależnie od procesów produkcyjnych w firmach państwowych. Szczególnie, kiedy przemawiają przez nie spuścizna, tradycja i kultura Białorusi.

Dlaczego nie ma takiej możliwości w masowej produkcji przemysłowej?

Żeby to zrozumieć, trzeba poznać mechanizmy sfery industrialnej na Białorusi. Zdolne osoby, które kończą studia, trafiają często do zakładów przemysłowych, które realizują tzw. zlecenia państwowe. Firma zatrudnia projektanta, a projektant ma robić to, czego chce firma. Nie ma szansy na realizację autorskich projektów. Owszem, mają zagwarantowany etat, mieszkanie służbowe i możliwość rodzinnego wyjazdu na wakacje, ale tak trwają latami wyrzuceni kilkaset kilometrów od domu, z dala od rodziny, środowiska projektowego, zaplecza kulturalnego. Wpadają w rutynę. Przy masowej produkcji nie mogą liczyć na to, że podpiszą się pod projektem, który z założenia jest anonimowy. Jeśli się zatrudnia młodego projektanta, to nie po to, żeby odświeżył wizerunek firmy. On ma odmłodzić zespół, który razem z nim będzie miał więcej sił do pracy.

Ma Pani orientację, która z białoruskich gałęzi przemysłowych jest w tej chwili najbardziej rozwinięta?

Bezsprzecznie przemysł meblarski. Oczywiście, jeśli jednak myślimy w kategoriach ilości, a nie jakości. Masowo powstają produkty, które zaspokajają potrzebę posiadania tego samego, co ma sąsiad za ścianą. Czyli kopie, latami powielanie wzory… Na Białorusi jest naprawdę znacząca liczba rodzimych firm produkujących meble, maszyny rolnicze czy też samochody. Niestety, zupełnie nie przekłada się to na masową produkcję rzeczy dobrze zaprojektowanych. Proszę zauważyć, że rzeczy zaprojektowane w czasach Związku Radzieckiego były perfekcyjne wzorniczo. Później, kiedy po rozpadzie ZSRR w krajach Wspólnoty rozwinęła się własna produkcja masowa, nagle powstała czarna dziura. Można się z niej wydostać tylko nakładem ogromnej pracy i wspólnego działania.

Czy takie istnieje?

Na szczęście tak. Zjawisko kolektywizacji w bardzo pozytywnym wydaniu. Co ważne, między projektantami z Białorusi, Rosji czy Ukrainy zupełnie nie istnieje pojęcie rywalizacji, choć każdy tak samo zabiega o względy zachodniego zleceniodawcy. Widoczna natomiast jest chęć wspierania się i bezinteresownej wymiany informacji, czego efektem są wspólnie realizowane projekty. Tego typu nieformalne organizacje przynajmniej chwilowo rekompensują brak normalnych instytucji kultury.

Jest w tym jakiś wspólny mianownik estetyczny?

Tym, co warto docenić, jest fakt, iż młodzi projektanci chętnie wykorzystują nowoczesne nośniki do przekazu kulturowego, etnicznego. Chodzi o to, żeby wykorzystywać nowoczesne technologie, a jednocześnie nie odcinać się od spuścizny, obrzędów, czy folkloru własnego kraju. Młodych projektantów cechuje ogromny szacunek do tradycji, co się przekłada na współczesne rozumienie patriotyzmu, którego przesłanie idzie na Zachód.

Nie jest to zbyt hermetyczne, żeby pójść z projektami w świat?

Nie, bo ta synergia jest idealnie wyważona – nowoczesne technologie z wykorzystaniem tradycyjnych motywów, materiałów, rzemiosła stanowią ciekawą alternatywę dla zachodnich realizacji. Choć oczywiście jeszcze nie można powiedzieć, że we wzornictwie już ukształtował się styl ukraiński, rosyjski czy białoruski.

O polski też byłoby trudno…

No właśnie. Ludzie z krajów byłego bloku wschodniego często mają problem z własną tożsamością. Zastanawiają się jak zachować tradycję, a jednocześnie iść do przodu i nadążyć za nowoczesnym nurtem.

Dlaczego polskich przedsiębiorców mogą zainteresować białoruskie projekty?

Każdy kurator powiedziałby: ze względu na innowacyjność i kreatywność. Uważam, że Białorusini mają doskonały zmysł estetyczny i świadomość materiału, z którym pracują. Często nabywają tej wiedzy małymi krokami, bo dostępność nowoczesnych technologii i uczestnictwo w procesie produkcji nie jest tak łatwe, jak na Zachodzie. Ale praca w ciężkich warunkach hartuje i motywuje. Dodatkowo, wpływa też na dyscyplinę. Jeśli któryś z projektantów dostanie szansę pracy na Zachodzie, otrzyma wizę uprawniającą do wyjazdu i spotkania z potencjalnym pracodawcą, to na pewno będzie do tego perfekcyjnie przygotowany.

Jak ocenia Pani umiejętności komunikacyjne młodych Białorusinów?

Moim zdaniem, nie ma żadnej bariery jeśli chodzi o porozumiewanie się w obcych językach. W czasach potęgi nowych mediów, wiedzę często czerpie się z Internetu. Dzisiaj młodzi ludzie nie czekają na premierę filmu w kinie, tylko nawet w dniu światowej premiery oglądają go w oryginalnej wersji językowej w komputerze. Do dobrej znajomości angielskiego zmuszają ich też formy komunikacji wirtualnej, jak choćby portale społecznościowe, które traktują jako platformę wymiany myśli. Internet to swoboda komunikacji, z której młodzi Białorusini korzystają chętnie i często.

Czy białoruskie, wirtualne przekazy estetyczne zobaczymy też na wystawie?

W ramach „Wawa Design Festiwal” pokazane zostaną gotowe realizacje i prace w fazie projektu. Do dyspozycji mamy ponad tysiąc m2, nie narzucamy żadnych barier tematycznych. Moim założeniem jest pokazanie przekrojowo działań młodych Białorusinów, zarówno z dziedziny wzornictwa przemysłowego, jak i fotografii, czy typografii. Bardzo duży nacisk kładę na plakat jako formę komunikacji. Część przestrzeni oddaję też niezależnym galeriom i kuratorom białoruskim dla realizacji autorskich projektów.

Dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia we wrześniu.

ROZMAWIAŁA: Diana Nachiło

Wywiad został opublikowany w miesięczniku BIZNES.meble.pl, nr 7-8/2013