fbpx
Branża

Od Napoleona do Kobylina

Piotr Voelkel.

Od Napoleona do Kobylina

Rozmowa z Piotrem Voelkelem, przedsiębiorcą, promotorem polskiego designu, mecenasem wielu projektów kulturalnych i edukacyjnych, współwłaścicielem Grupy Kapitałowej Vox.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r.

Naszą rozmowę chciałbym rozpocząć od podróży w przeszłość, do początków dziewiętnastego wieku. Pod koniec 1806 roku do Poznania przybyli najpierw generał Jan Henryk Dąbrowski i Józef Wybicki, mający w pamięci słowa Napoleona „Na niepodległość trzeba sobie zasłużyć” i „Obaczę, jeżeli Polacy godni są być narodem. Idę do Poznania, a tam się moje zawiążą wyobrażenia o jego wartości!”, a później i sam cesarz. Napoleon w Poznaniu bawił jeszcze kilka razy, po raz ostatni – w 1812 roku, po klęsce w wojnie z Rosją. Zostawił po sobie legendę, zostawił popularne ciastko z kremem zwane „napoleonką”, a także pewnego pochodzącego z Holandii żołnierza, który w działaniach wojennych został ranny, nazwiskiem Voelkel. Tak zaczęła się polska historia rodziny Voelkelów?

Podobno. Nie ma na to jakichś sztywnych dowodów, chociaż w rodzinie rzeczywiście krąży taka opowieść. Usłyszałem ją w dzieciństwie od wuja, który szukał różnych rodzinnych informacji, sprawdzał w archiwach, wypytywał. Był burmistrzem Kobylina, niewielkiego miasteczka na prowincji. W czasach, kiedy ludzie jeszcze kiepsko posługiwali się pismem, pomagał im pisać urzędowe podania. Był bardzo uczynnym i lubianym człowiekiem. Chętnie powtarzam tę jego wersję, chociaż – jak powiedziałem – nie mam żadnych, twardych dowodów. Wiem, że sporo osób o tym nazwisku mieszka w Holandii, a w Niemczech piszą inaczej – Völkel. Dobrze rozumiem się z Holendrami, imponuje mi ich sposób myślenia, mam z nimi bardzo dobre relacje w biznesie, wielu przyjaciół. School of Form też ma holenderskie korzenie.

Wymienił Pan nazwę: Kobylin. To stąd wywodzi się Pańska rodzina?

W Kobylinie mieszkali moi dziadkowie: dziadek Bronek, czyli ojciec ojca był Powstańcem Wielkopolskim, a po zwycięstwie został wybrany pierwszym burmistrzem Kobylina, później dyrektorem Banku Spółdzielczego. Cieszył się opinią nadzwyczajnie uczciwego, solidnego. W takich małych miasteczkach, w których wszyscy się znają, to bardzo ważne. Pamiętam dziadka jako wesołego, pogodnego starszego pana, który zawsze chętnie bawił się z wnukami. Był na tyle mądry, że sprzedał dom i sklep, a pieniądze przed śmiercią podzielił, zostawiając sobie małe mieszkanie. Mógł za życia wszystkich obdarować i cieszyć się naszym szczęściem.

A w którym roku zmarł dziadek?

To były lata sześćdziesiąte.

Babcia natomiast prowadziła sklep i warsztat z rowerami w Kobylinie…

Tak, ale to inna babcia – Julianna Bujakiewicz – mamy mama. To też była niezwykła postać. Jako młoda dziewczyna brała udział w Powstaniu Wielkopolskim. Była sanitariuszką, ale – jak się potem okazało – szpiegowała na rzecz powstańców. Znała dobrze niemiecki, a wykorzystując urodę i młodość, wiele razy przechodziła przez linię frontu, by obserwować, gdzie ustawiła się niemiecka artyleria. Niemcy to w końcu odkryli i groził jej wyrok śmierci.

Ale przeżyła?

Cudem się udało, bo podczas procesu jeden z niemieckich oficerów zeznał, że jako sanitariuszka opatrzyła go i uratowała życie. To spowodowało, że ją wypuścili. Ale z kolei we wrześniu 1939 przezornie uciekła z Kobylina, bo słusznie obawiała się represji. Niemcy po wejściu do Kobylina czołgiem wywrócili pomnik Powstańców Wielkopolskich i wyjęli zamurowaną tam listę uczestników.

I mieli w ten sposób gotową listę proskrypcyjną. A swoją drogą to smutne, że Powstanie Wielkopolskie z lat 1918-1919, podobnie zresztą jak Powstanie Wielkopolskie z roku 1806, jedne z niewielu – bo przecież policzyć można je na palcach jednej ręki – zwycięskich polskich powstań, zajmują miejsce gdzieś na uboczu naszej wiedzy o historii Polski.

Mnie historia i dokonania przodków mobilizują do działania. Chcę dorównać ich osiągnięciom, inspirować się ich przykładem, ale skupiam się na przyszłości. Oni ryzykowali życie i ginęli dla przyszłej Polski. Walczyli o to, żeby żyć w lepszej Polsce. Mniej interesuje mnie świętowanie rocznic powstań, zwłaszcza przegranych. Patriotyzm rozumiem jako działanie na rzecz rozwoju Ojczyzny, a nie wspominanie przeszłości i biadolenie nad własnymi nieszczęściami.

Czyli jakaś praca organiczna zamiast snu o szpadzie?

Nie odpowiada mi rozpamiętywanie porażek, niepotrzebnie poległych, wspieranie w ten sposób poczucia porażki. Nie chcę być ofiarą trudnej historii. Interesuje mnie to, co mogę zrobić teraz i jutro. Nie liczę na innych, nie czekam na rewanż Anglii za bohaterski Dywizjon 303. Nie chcę kolejnych pomników, rekonstrukcji, interesuje mnie rzeźba, która pokazuje nasze współczesne ambicje, nasze pasje i utalentowanych artystów. Wierzę, że Polska może imponować światu swoją wizją, energią, a nie tylko historią. Nie oczekuje też litości za to, co przeżyli moi dziadkowie i ich poprzednicy. Mówię o tym w kontekście współczesnej rzeźby publicznie i bywa, że budzi to sprzeciw.

I jak przyjmują te argumenty Pańscy adwersarze?

Czasami słyszę, że jeżeli nie popieram projektów kolejnych pomników, pokazuję, że nie jestem polskim patriotą. Próbuję się bronić, mówiąc, że najważniejsza jest przyszłość i należy zabiegać o nią. Dla wielu to zbyt trudne zadanie i wolą pamiętać o rocznicach.

No cóż, podobno historia to taka nauka, która nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

Wiele postaci historycznych imponuje mi i je podziwiam. Cegielskiego było stać na wielkie projekty, zbudował imperium, jest symbolem poznańskiej zaradności. Ale wolę spotkać się z Solange Olszewską i z nią rozmawiać o tym, co możemy wspólnie zrobić jutro, niż fascynować się historycznymi dokonaniami przodków.

Rozmawiał: Marek Hryniewicki

iąg dalszy wywiadu z Piotrem Voelkelem w rozdziale: Sztuką jest dobrze wydać