Branża

Między designem a sprzedażą

Marek Borowiński.

Między designem a sprzedażą

Marek Borowiński miejsce dla siebie widzi między designem a sprzedażą. Komunikacja projektantów z handlowcami, czyli „jak przekształcić design na sprzedaż i jak pomóc sprzedawać przez design” to coś, w czym czuje się najlepiej.

Reklama
visby.pl banner z promocją na łóżko

Był styczeń 1996 r., kiedy skromny student trzeciego roku wydziału Tkaniny i Grafiki  Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi otrzymał od losu prezent, o którym wcześniej mógł tylko pomarzyć. Była to szansę wyjazdu do Frankfurtu na targi „Heimtextil”. Oczy mi się otworzyły szeroko, zupełnie nie wiedziałem, jak się na nich odnaleźć. To były jeszcze czasy, gdy zdjęcia robiło się nie aparatem cyfrowym, ale analogowym. Trzeba było najpierw kupić kliszę, a po zrobieniu zdjęć ją wywołać. Później trzeba było tę wywołane zdjęcia włożyć do skanera, zeskanować i dopiero wtedy otrzymywało się plik cyfrowy. Zupełnie inny świat – wspomina Marek Borowiński.

Marek Borowiński z synem Dominikiem na wakacjach w Łebie.
Marek Borowiński z synem Dominikiem na wakacjach w Łebie.

Od tego czasu styczeń każdego roku był zawsze zarezerwowany na wyjazd do Frankfurtu. Najbliższa edycja „Heimtextil” będzie już dwudziestą z kolei, którą odwiedzi.

Zaczęło się od tkanin

Studia ukończył w 1998 r., ale już jako student sprzedawał swoje projekty dla przemysłu. Jedną z pierwszych osób, która kupiła od Marka Borowińskiego projekty tkanin – firan i obrusów – był Mieczysław Pobratyn, dyrektor w firmie Polontex z Częstochowy. Współpracował też z Morfeo z Ozorkowa, z Unionteksem, pracował dla Frotexy z Prudnika, projektował ręczniki dla firmy Zwoltex.

W tej ostatniej do produkcji seryjnej zostało wprowadzonych ponad 150 moich projektów. Razem z fabryką Zwoltex za kolekcję ręczników otrzymaliśmy w 2000 r. tytuł „Dobry Wzór” przyznawany przez Instytut Wzornictwa Przemysłowego z Warszawy. Kilka lat później „Dobry Wzór” zdobył inny mój projekt – dywaniki dla firmy Keno – mówi.

ZOBACZ TAKŻE: Jak zwiększyć sprzedaż mebli

Marek Borowiński jest przekonany, że tkaniny pomogły mu „odnaleźć się” we wnętrzach. Było to bardzo istotne, gdy zaczął wyjeżdżać do Paryża na targi „Maison & Objet” czy na targi „Decosit” – obecne targi „MoOD” w Brukseli.

Te tkaniny wracały do mnie wielokrotnie, pamiętam jak 8 czy 9 lat temu, przy okazji targów tkanin obiciowych, wymyśliliśmy konkurs na projekt tkaniny obiciowej i zorganizowaliśmy go na targach „FurniFab”. Byłem w jury i konkurs wypalił bardzo dobrze. Ale powróciłem z ideą tkanin, a nie z projektowaniem – przyznaje.

Marek Borowiński na swoim

Marka Borowińskiego historia z tekstyliami i ich projektowaniem trwała dość długo. Jednak gdy polskie firmy zaczęły regularnie jeździć na Zachód, rychło okazało się że projektanci nie są już tak niezbędni, że wzór można przywieźć, skopiować. Zapotrzebowanie na projektowanie tkanin zaczęło maleć.

Żona, Anna z synem Dominikiem w domu.
Żona, Anna z synem Dominikiem w domu.

Miałem jednak odrobinę szczęścia. Polska fabryka tapet Ergis, którą poznałem na „Heimtextil”, zaproponowała: „Marek opowiedz coś o kolorach, przyjadą nasi klienci, posłuchają”. Początkowo wzbraniałem się, bo nigdy nigdzie nie przemawiałem w charakterze prelegenta. Ale ostatecznie pomyślałem: „Właściwie, to czemu nie?”. Wystąpiłem, spodobało się i po tygodniu miałem kolejną prelekcję o tendencjach w kolorach. To był rok 1997 lub 1998. Dla firmy Ergis w ciągu 2 miesięcy przeprowadziłem kilkanaście szkoleń. Okazało się, że klienci przyjęli je bardzo pozytywnie. Tak rozpoczęła się trwająca do dzisiaj ta moja aktywność w roli wykładowcy. Później pojawiły się szkolenia z psychologii koloru i psychologii reklamy – wspomina.

W 1999 r. Marek Borowiński otworzył własną firmę. Powoli zaczął rozwijać tę część swojej działalności, z której jest obecnie najbardziej znany – szkoleniowo-konferencyjną.

Nowa pasja

Dzisiaj już nie projektuje, bo – jak sam przyznaje – nie ma na to czasu. Pasją, którą odkrył stały się sklepy i praca dla handlu, czyli visual merchandising. Jest przekonany, że w dzisiejszej pracy bardzo mu pomaga jego druga specjalizacja – bo poza Wydziałem Projektowania Tkaniny ukończył też Wydział Grafiki, a konkretnie Projektowanie Informacji Wizualnej połączone z psychologią reklamy.

ZOBACZ TAKŻE: Każdy zaczyna szukać drogi dla siebie

To jest to moje pole, które sobie znalazłem: między designem a sprzedażą, czyli jak przekształcić design na sprzedaż i jak pomóc sprzedawać przez design, jak komunikować projektantów z handlowcami. Przyznam szczerze, że dzisiaj jestem bliżej tej przestrzeni handlowej, aczkolwiek stojąc jedną nogą w designie i jedną w handlu jestem takim trochę tłumaczem jednych do drugich: handlowców do projektantów i projektantów do handlowców. Rozumiem oba te świat, w obu dobrze się czuję – wyjaśnia.

Zapach farby

Kilka lat temu zaczął malować, w domu, prywatnie, nawet – jak przyznaje – te obrazy wiszą u niego w gabinecie. To są pejzaże, zawsze bardzo mnie inspirowali impresjoniści – Monet i Manet. Zapach farb, sztalugi to coś, co lubię, poza działalnością, z którą jestem kojarzony. Nawet moje dziecko zapytało kiedyś: „Tato, to ty to namalowałeś???” – mówi.

Marek Borowiński z synem Dominikiem w zoo w Borysewie.
Marek Borowiński z synem Dominikiem w zoo w Borysewie.

W latach studenckich każdą wolną chwilę spędzałem w pracowni malarskiej. Tygodniowo wykonywałem po 500-600 rysunków. Nie istniał wtedy facebook, nie było komórek, komputery dopiero raczkowały w pracowniach informacji wizualnej – komunikacja była trudniejsza niż dzisiaj. To wszystko wyposażyło mnie w bagaż, dzięki któremu idę dzisiaj nieco pewniej przez świat. Komputer daje ogromne możliwości, ale poradzę sobie dzisiaj i z zestawem farb – dodaje.

Marek Borowiński: w świecie kolorów

Kiedyś kolorem nikt się nie chciał w Polsce zajmować i nie zajmował. Kilkanaście lat temu moje kompetencje nikomu nie było potrzebne – bo po co komu jakieś kolory? Pieniędzy wtedy z tego nie było, rodzice pomogli mi założyć firmę, dali na komputer i pierwsze sprzęty, nieraz ratowali finansowo, gdy nie było z czego opłacić ZUS-u. Takie były początki, a ja z tym kolorem uparcie, uparcie, uparcie… Bo ja kolor zawsze kochałem i to była i jest moja pasja na różnych płaszczyznach. Kupowałem zagraniczne książko o kolorach, które czytałem, tłumaczyłem, szukałem nowych rozwiązań i badałem jaki wpływ ma kolor we wnętrzach. Bardziej uświadomione firmy, które miały kapitał zagraniczny, korporacyjny rzeczywiście podchodziły do problematyki koloru poważnie – pracowali z trend-kolorystami, kolor-designerami, wiedzieli, że to jest potrzebne – mówi.

Aż nagle coś zaczęło się dziać. Pojawiły się zlecenia z firm oferujących farby. Rozpoczęła się moja duża współpraca z polskimi fabrykami farb. Z wieloma zresztą współpracuję do dzisiaj – np. z firmą Śnieżka i marką Magnat, gdzie pomagam przy projektowaniu kolorów. Miło jest, gdy dowiadują się, że moje kolory się sprzedają – dodaje.

Kontrakt życia

Współtworzył międzynarodowe trendy kolorystyczne dla grupy Leroy Merlin. Gdy wygrał casting na polskiego stylistę w trendach międzynarodowych pracował z obecnym stylistą paryskich targów „Maison & Objet”, François Bernardem, który był szefem grupy designerów w Leroy Merlin.

Marek Borowiński z Olivierem Janiakiem podczas eventu dla marki Magnat w Teatrze Kamienica Emiliana Kamińskiego.
Marek Borowiński z Olivierem Janiakiem podczas eventu dla marki Magnat w Teatrze Kamienica Emiliana Kamińskiego.

To był dla mnie kontrakt życia – i nie chodzi o pieniądze – ale o kontakt ze wspaniałymi ludźmi z kompetencjami światowymi, bo w projekcie uczestniczyły osoby z Francji, Polski, Hiszpanii i Włoch. Praca w paryskim atelier François Bernarda była dla mnie niezapomnianym doświadczeniem. Przełożyła się ona na zwiększoną ilość pracy dla firm farbiarskich. Dwa lata temu wspólnie z Olivierem Janiakiem prowadziliśmy event dla marki Magnat w Teatrze Kamienica Emiliana Kamińskiego. On jako prezenter i ja jako twórca trendów – dla architektów i mediów. Każdy z przygotowanych przeze mnie czterech trendów był także prezentowany w formie tańca przez tancerzy z „You can dance”. Po evencie był zaplanowany catering – w kolorach tych trendów, a na koniec – malowanie z gwiazdami – wspomina.

Marek Borowiński na walizkach

Rocznie przejeżdża po Polsce przejeżdżam ponad 50 tys. km. Dużo pracuje, na czym – ubolewa – cierpi trochę rodzina. Jednak 2 tygodnie wakacyjnego urlopu z żoną i dzieckiem to świętość. W tym roku byliśmy w Łebie – udało nam się fantastycznie trafić z pogodą. Po kilku latach nieobecności nad polskim morzem byłem mile zaskoczony poziomem infrastruktury turystycznej – opowiada. Więcej spokoju mam też w okolicach świąt Bożego Narodzenia, bo moi korporacyjni klienci już tydzień przez świętami i później, między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, nie są zbyt aktywni – dodaje.

W wolnych chwilach biega, choć – jak sam przyznaje – nie wyczynowo, a rekreacyjnie. Gdy wyjeżdżam na szkolenia czy targi, to zabieram ze sobą buty do biegania. Chętnie rano czy po południu biegam, po 5-6 kilometrów.

Wycieczka rodzinna do Krakowa.
Wycieczka rodzinna do Krakowa.

Moją prywatną fascynacją są samoloty, lotnictwo, lotniska. Mógłbym latać codziennie do pracy. Z zapartym tchem przeczytałem niedawno książkę „Ja kapitan” Tadeusz Wrony. Uwielbiam, gdy samolot ląduje i startuje. Pamiętam, jak jakiś czas temu wylądowałem na lotnisku Charleroi w Brukseli i zachwyciło mnie, że w budynku stało pianino, na którym był identyczny napis w kilkunastu językach, w tym także po polsku: „Zagraj na mnie”. I ci, którzy umieli grać przysiadali się do tego pianina i grali. To tworzyło niesamowitą atmosferę, nawet ustawiła się kolejka do pianina.

Kiedyś w jakiejś łódzkiej gazecie znalazłem ogłoszenie o pracy. Można było wyjechać na 2 miesiące do Amsterdamu i sprzątać tam samoloty za całkiem pokaźne pieniądze. Tyle wolnego czasu nie miałem, ale na tydzień chętnie bym wyjechał i popracował, nawet za darmo, byle tylko mieć możliwość spędzania kilku chwil na lotnisku w innym miejscu niż pasażer śmieje się.

Koło historii

Z żoną, Anną, znają się od 8 roku życia, bo chodzili do tej samej klasy szkoły podstawowej. Nawet na liście obecności sąsiadowaliśmy ze sobą: ja byłem drugi (Borowiński), a ona trzecia (Czaplicka). Po skończeniu podstawówki nasze drogi się rozeszły. Spotkaliśmy się dopiero ponownie na osiedlu, a nasze bloki dzieli raptem 200-300 metrów, po kilkunastu latach. Poszliśmy na kawę, a 2 lata później… był nasz ślub. Teściowa zawsze się śmieje, że zna mnie z wywiadówek – mówi.

Wakacje w Jastarni.
Wakacje w Jastarni.

Ania jest pracownikiem socjalnym, pracuje w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Kontakty z branży meblarskiej wykorzystuję pomagając jej w akcjach społecznych i charytatywnych, które organizuje poza swoimi obowiązkami pracownika socjalnego. Ona jest w tym fenomenalna, niesamowicie wrażliwa na ludzi i ich krzywdę, oddałaby im wiele. A ja od lat dzwonię po klientach, proszę o jakąś pomoc – meble, farby, tkaniny i rozwożę pomagając żonie – kończy.

TEKST: Marek Hryniewicki

Artykuł został opublikowany w miesięczniku BIZNES.meble.pl, nr 11/2014