fbpx
Branża

Tapicer zamiast rolnika

Marek Liberacki.

Tapicer zamiast rolnika

Rozmowa z Markiem Liberackim, właścicielem firmy Libro.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 1), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2015 r.

Firma Libro i Marek Liberacki, jej właściciel, nieodłącznie kojarzą się – myślę zresztą, że nie tylko mi – z Lubawą. Jesteś rodowitym lubawianinem?

Nie. Pochodzę z Naguszewa w gminie Rybno. Moja rodzinna miejscowość położona jest jakieś dwadzieścia kilometrów od Lubawy. Rodzice mają tam gospodarstwo rolne, a że w gronie rodzeństwa byłem najstarszym dzieckiem, to po skończeniu szkoły podstawowej postanowiłem wybrać sobie jakiś zawód. I to właściwie moja mama namówiłem mnie, bym poszedł do Lubawy na tapicera. Dostałem się do szkoły zawodowej i tam zdobyłem ten zawód.

A w Twojej rodzinie nie było tapicerów? Tapicerstwo czy rzemiosło to – jak rozumiem – nie była jakaś Twoja rodzinna tradycja?

Nie, nie. Cała moja rodzina to z pokolenia na pokolenie rolnicy. Dopiero ja się z tego wyłamałem. Chyba nawet z niezłym skutkiem.

To ciekawe – z rolnika wyszedł tapicer, chociaż, skoro byłeś najstarszy z rodzeństwa, to chyba powinieneś był przejąć po ojcu gospodarstwo.

Nas była piątka i rzeczywiście byłem z rodzeństwa najstarszy, ale gospodarstwo ostatecznie dostał młodszy brat. Jego jakoś gospodarka bardziej pociągała.

Na jakie lata przypadał okres Twojej szkoły zawodowej w Lubawie

To był początek lat osiemdziesiątych, czasy stanu wojennego.

Dużo młodych ludzi kształciło się wówczas w Lubawie w zawodzie tapicera?

A gdzie tam. W mojej klasie na tapicera kształciły się w sumie dwie osoby: ja i jeszcze jeden kolega. To była klasa wielozawodowa – byli w niej i kucharze, i krawcowe, i fryzjerki i… w każdym bądź razie różne zawody. No i było także dwóch tapicerów.

A wtedy w Lubawie, na początku lat osiemdziesiątych, były w ogóle jakieś zakłady tapicerskie albo fabryki mebli tapicerowanych?

Dużych firm – fabryk, takich, jak są dzisiaj – wtedy nie było, raptem kilka dosłownie niewielkich zakładów. Ale to nie był żaden przemysł, tylko rzemiosło i usługi. Zresztą wtedy prywaciarz za bardzo nie mógł mieć fabryki, co najwyżej usługi albo warsztat rzemieślniczy.

Marek Liberacki z rodzicami, 1970 r.
Marek Liberacki z rodzicami, 1970 r.

Czy dzisiaj Twoja szkoła ciągle istnieje?

Istnieć – to istnieje, tylko za bardzo chętnych do nauki nie ma. Młodzież nie jest zainteresowana szkołami zawodowymi, wszyscy idą do ogólniaka. Wydaje mi się, że teraz jest zaniżony poziom nauczania, bo coś jest nie tak z tym, że wszyscy idą do liceum. Jak ci młodzi zdają później maturę? Przecież trzeba mieć jakąś wiedzę, a wątpię, by wszyscy licealiści byli tacy mądrzy. Kiedyś tak nie było: jeden szedł do liceum, inny do technikum, jeszcze inny do zawodówki.

Kontynuując ten wątek edukacyjny przeskoczę teraz do czasów obecnych. Wiem, że w Libro też kształcicie uczniów…

Już nie. Kształciliśmy, ale od trzech lat już nie mamy uczniów.

Dlaczego? Ze względu na brak chętnych?

Dokładnie tak. Nie było chętnych. Po prostu. Raz się zgłosiła jedna osoba, innym razem – dwie, maksymalnie były trzy. Nie tak dawno wróciliśmy do tego tematu, jeździliśmy po okolicznych gimnazjach, przedstawialiśmy naszą firmę i zawody, w których oferujemy pracę, lokalny cech rzemieślniczy organizował giełdę pracy – też z naszymi propozycjami. To było naprawdę atrakcyjnie i dobrze pokazane.  Ale efekt był taki, że zgłosiło się… raptem dwóch chętnych.

Tylko dwóch? Jak myślisz dlaczego tak mało?

Bo – jak mówiłem – każdy chce iść do liceum, bo rodzice mają aspiracje.

Ale pracy taki absolwent liceum ogólnokształcącego to później raczej nie znajdzie.

I dlatego wielu absolwentów, nie znalazłszy pracy, wyjeżdża za granicę. I co tam robią? Gdzie pracują? Już na etapie szkoły podstawowej powinno się  uświadamiać, że nie każdy musi być magistrem. Na przykład u nas, w Lubawie, jest szkoła elektryczna i szkoli nam elektryków. Zamiast stolarzy czy tapicerów, a przecież tutaj jest prawdziwe zagłębie meblarskie, co roku przybywa nam elektryków. Nie wiem, po co i na co to komu potrzebne. Żeby to chociaż byli jacyś operatorzy maszyn do obróbki drewna czy coś podobnego…

To smutne i przykre zarazem, że w takim regionie jak Lubawa, czy mówiąc szerzej – województwo warmińsko-mazurskie, będącym wręcz ewenementem na skalę światową, w którym działa przecież bardzo dużo przedsiębiorstw meblarskich i to nie tylko małych firm, ale także średnich i dużych, a nawet bardzo dużych, nie ma skąd brać pracowników…

No nie ma, nie ma. Szukamy pracowników w innych miejscowościach. Chcieliśmy nawet zorganizować autokar, bo dowozić ludzi z Nowego Miasta Lubawskiego. Nie ukrywam, że moglibyśmy na tapicerni zrobić trzecią zmianę, bo mamy klientów na nasze produkty i nie byłoby problemów ze sprzedażą, ale nie bierzemy tych zleceń, bo nie ma ludzi do pracy. Ba, mamy tereny pod inwestycje, moglibyśmy pobudować jakieś nowe hale produkcyjne, ale się wstrzymujemy, bo co z tego, że wstawimy tam maszyny, jak nie ma chętnych do pracy. Dla kogo to robić? W tej branży muszą przecież być ludzie, bo maszyna sama wszystkiego nie zrobi. A jak nie ma ludzi, to nie ma o czym mówić.

I tak to plany rozwoju rozbijają się nie o brak zamówień, nie o brak możliwości inwestycji, nie o brak środków na te inwestycje, ale o problem, który w kraju z kilkunastoprocentowym bezrobociem wydaje się czystą abstrakcją – o brak rąk do pracy. To zresztą nie tylko problem firm z regionu Warmii i Mazur, od dłuższego czasu sygnalizują go firmy także i z innych części Polski. W największym chyba stopniu ten problem dotyczy producentów mebli tapicerowanych – wszyscy powtarzają to samo: nie ma tapicerów!

Zobaczymy. Przyglądamy się możliwościom inwestycyjnym w Mrągowie, wiem, że w tamtejszym urzędzie pracy zarejestrowanych jest ponad trzystu tapicerów. Zobaczymy, ilu spośród nich będzie zainteresowanych podjęciem pracy i jacy to są tapicerzy: czy tylko po jakichś kilkudniowych kursach, czy rzeczywiście w pełni przygotowani do tego zawodu. Być może tam uruchomimy kolejną fabrykę.

Marek Liberacki – krótki epizod wojskowy, 1986 r.
Marek Liberacki – krótki epizod wojskowy, 1986 r.

To – przyszłość, wróćmy jednak, po tej współczesnej dygresji, do przeszłości. Jest początek lat osiemdziesiątych, Marek Liberacki kończy szkołę, zdobywa zawód tapicera i co dalej?

Szkołę skończyłem w roku 1985. Początkowo, przez mniej więcej rok, nigdzie nie pracowałem. To znaczy pomagałem wtedy rodzicom w gospodarstwie. Później zatrudniłem się w Spółdzielni Pracy Grunwald, której siedziba była dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajduje się obecnie moja fabryka, czyli przy ulicy Grunwaldzkiej 22C w Lubawie. I tam pracowałem jakieś dwa lata, kiedy upomniało się o mnie wojsko. Ale w wojsku długo nie służyłem, bo tylko – zawsze się z tego śmieję – sześć tygodni z dojazdem.

A czym zajmowała się spółdzielnia Grunwald? Czy to było coś związanego z tapicerstwem?

W dużym stopniu tak. Robiliśmy głównie na potrzeby wojska – poduszki, torby, siedzenia tapicerowane.

Widzę, że temat wojska wraca jak bumerang. To jak to właściwie z tym Twoim wojskiem było?

Zanim poszedłem do wojska miałem wypadek. Przy naszym rodzinnym domu rosło dużo topoli, ojciec je ściął, a później ja ciąłem, rąbałem i – czy się przepracowałem, czy to było coś innego – w każdym bądź razie dostałem krwotoku. W szpitalu zrobili mi badania i okazało się, że mam bardzo mało  czerwonych ciałek krwi. Byłem taki słaby, że ledwo mogłem chodzić. No i jak leżałem w szpitalu, to przyszło wezwanie do wojska, ale po bilet nawet nie pojechałem, bo jak? W szpitalnej piżamie? Później przyszło drugie wezwanie i już bez żadnej dyskusji musiałem iść do tego wojska, by nie posądzono, że się ukrywam.

Do jakiej jednostki?

W Słupsku – niebieskie berety. Desant morski.

Oho, brzmi bardzo poważnie. To wam tam chyba i niezły wycisk musieli dać?

Oj niezły, niezły. Ale byłem w tej jednostce dosłownie może około miesiąca. Patrzę: jeden zamiast na zajęcia idzie do lekarza, drugi – tak samo, to i ja mówię, że chcę do lekarza, że boli mnie noga, bo miałem kiedyś otwarte złamanie. Poszedłem do lekarza, ten mnie zbadał i do mnie z pretensją: „a dlaczego ty tak późno przyszedłeś?” „Jak to późno” – pytam? A on: „toż ja mam twoje dokumenty, chłopie, ty masz takie słabe wyniki, że musisz iść na komisję”.

ZOBACZ TAKŻE: Dobrze wychodzimy ma kryzysach.

Skierował mnie na komisję lekarską do Kołobrzegu, by tam stwierdzono, czy ja w ogóle nadaję się do wojska. Pojechaliśmy tam z kapralem i jeszcze dwójką kolegów. Kapral się śmiał ze mnie: „ja rozumiem, że tamci dwaj jadą, bo może dostaną odroczkę, ale ty? Na głowę jedziesz czy co?” „Nie” – mówię. – „Leżałem w szpitalu, lekarz w jednostce mnie też badał i skierował do komisji.” I tamci oczywiście nie dostali odroczenia, a ja dostałem na rok. No i dlatego się zawsze śmiałem, że byłem w wojsku sześć tygodni z dojazdem. Później zmienili mi kategorię i… po wojsku.

W taki oto sposób nie wypełniłeś powszechnego obowiązku obrony ludowej ojczyzny.

No nie i mam nadzieję, że już nie będę musiał tego nadrabiać.

A później, zamiast dwóch lat szkolenia się w przeprowadzaniu desantu morskiego na terytorium wroga, wróciłeś na Grunwaldzką?

Nie, nie. Wróciłem do domu i początkowo pomagałem rodzicom, a później zatrudniłem się w Morlinach.

W tych Morlinach koło Ostródy? W zakładach mięsnych?

Dokładnie tak, w dziale transportu. Też jako tapicer.

Czekaj, czekaj, nie rozumiem. Jako tapicer? A po co w zakładach mięsnych tapicer?

Tam była bardzo duża baza transportowa. Szyliśmy pokrowce na siedzenia tych samochodów. Ale, jako że pracy przy tych pokrowcach nie było znowu aż tak dużo, to dołożyli mi dodatkowe obowiązki: wulkanizatora. No i jak trzeba było, gdy nie było roboty przy pokrowcach, to dziurawe dętki kleiłem.

Jaki to był okres?

To były lata 1988-89. Zaczynałem pracę w Morlinach jeszcze za komuny, a kończyłem, jak już komuny nie było. Pod koniec 1989 roku zwolniłem się z Morlin.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Markiem Liberackim w rozdziale: Firma w garażu