Branża

DNA polskiego wzornictwa

Michał Woch.

DNA polskiego wzornictwa

Zacznijmy od początku. Skąd się wzięła nazwa Vzór?

Pomysł Vzoru narodził się w głowie mojego wspólnika, a jednocześnie szwagra – Jakuba Sobiepanka. Wariantów mitu założycielskiego słyszałem wiele, zarówno od Jakuba, Pani Wery Modzelewskiej, czy Krysi Łuczak-Surówki. W każdym wariancie wyglądało to trochę inaczej.

Jak więc to wyglądało?

W największym uproszczeniu, Kuba uczęszczał na warszawską ASP. Były tam zajęcia poświęcone polskiemu wzornictwu lat 50. i 60. prowadzone przez Krysię Łuczak-Surówkę, która specjalizuje się w polskim wzornictwie. To ona dotarła do Pani Wery. Roman Modzelewski. Był znany w Łodzi, nie jako projektant, a łódzka osobistość. Był wieloletnim i wielokrotnie wybieranym rektorem łódzkiej ASP, rzeźbiarzem, malarzem. Udzielał się towarzysko, również przy wsparciu swojej żony Wery Modzelewskiej. Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że w jego dorobku projekty mebli były najmniej istotne. Osoby, które znały go bliżej wiedziały, że w swoim atelier eksperymentował również z meblami, ale to nie była dość powszechna wiedza. Krysia dotarła do wzorniczej twórczości Romana Modzelewskiego i zaczęła na ten temat prowadzić wykłady. Na jednym z nich znalazł się Kuba. Kiedy dowiedział się o Romanie Modzelewskim, a miał smykałkę biznesową, pomyślał, że stworzy biznes na bazie tych projektów. Był zaskoczony, że te wyjątkowe meble, właściwie są nieznane, nie stały się produktami, nie trafiły na rynek. Tematem pracy dyplomowej Kuby było opisanie ścieżki wdrożenia mebli do produkcji seryjnej, jak również stworzenie koncepcji biznesowej – czyli, nie tylko sposób wdrożenia, ale też ścieżka PR-owa, marketingowa, opracowanie nazwy, logotypu i podstaw komunikacji.

Wówczas powstały podstawy biznesu.

Tak. To było około 2011 roku. Kuba szedł swoją ścieżką. Znałem go, bo był partnerem mojej siostry. Śledziłem jego wysiłki. Ponieważ byłem już wówczas przedsiębiorcą, zainteresowałem się jego pomysłem od strony biznesowej. Dodatkowo, interesuje mnie wzornictwo, sztuka, moda. Studiowałem w Mediolanie i uczestniczyłem w różnych wystawach, targach. To mnie zainteresowało i wciągnęło. Na imprezie, na której świętowaliśmy obronę jego pracy dyplomowej, zaczęliśmy rozmawiać na temat stworzenia firmy na tym koncepcie. Pół roku później była już powołana spółka, a kolejnych kilka miesięcy później, zaczęliśmy oferować pierwsze produkty. Był to RM58 w wersji błyszczącej i matowej.

Co młodych ludzi tak bardzo zainteresowało w projekcie z 1958 roku? Zainteresowało tak bardzo, żeby stworzyć z tego koncept biznesowy i firmę?

Modernizm – lata 50. i 60., a w szczególności wzory Romana Modzelewskiego, cechuje ponadczasowość. Nie traktowaliśmy ich, jako stare projekty, raczej ponadczasowe meble. Gdyby nie otoczka historyczna, która jest oczywiście kluczowa, to też by się broniły. Wiele osób mogłoby się nawet nie zorientować, że to jest stary projekt. Nie podchodziliśmy do tego, jak do antyków, które odbiegają od współczesnej estetyki. Uważaliśmy to za całkiem fajne współczesne wzornictwo, które się broni, które odpowiada potrzebom estetycznym współczesnego konsumenta. Oczywiście fakt, że posiadają dodatkowo wyjątkową historię związaną z tym, że wcześniej nie zostały odkryte dla szerszego grona konsumentów to było coś wyjątkowego, co dodatkowo pomagało ten koncept rozpropagować. RM58 uznaliśmy za produkt, może nie tyle współczesny, co spełniający współczesne wymagania i potrzeby. Nasze działania wpisywały się ponadto w pewne trendy. Teraz są one może trochę bardziej oczywiste, ale gdy zaczynaliśmy w 2012 roku, to wcale nie było takie oczywiste, że jest moda na lata 50. i 60., na reedycje. Byliśmy jednymi z pierwszych w tym nurcie. Trochę go przyspieszaliśmy, katalizowaliśmy ten nurt w Polsce, a jednocześnie pomógł on nam wypłynąć. Perspektywa lat 2015-16 daje zupełnie inny ogląd. Na polskim rynku było już dużo reedycji, pojawiła się moda na vintage i retro. W 2012 roku wcale nie było to oczywiste. Pamiętam, jak pojechaliśmy wystawić się na targach w 2016 roku. Byłem zaskoczony, jak wiele marek z ugruntowaną już pozycją proponuje meble stylizowane na lata 50. i 60., albo oferuje reedycje własnych modeli z tamtej epoki. To było bardzo widoczne. Prawie każda większa marka miała tego typu produkty w portfolio pokazywanym na targach. Zrozumiałem, że udało nam się wpisać nie tylko w trendy polskie, ale też globalne.

Czy można było mówić o różnicy między propozycjami Vzoru, a firm zachodnich?

Oczywiście, w naszym przypadku jest polska specyfika i to dosyć duża. O ile w przypadku firm zachodnich, meble z tego czasu są tylko i wyłącznie starymi wzorami o neutralnym charakterze, to w Polsce jest jeszcze wątek społeczno-polityczny. Są to meble z czasów PRL-u. Z jednej strony, było to barierą dla ich wcześniejszego zaistnienia. Starsze pokolenia miały skojarzenia z siermiężnymi czasami, ze złą jakością, ze złym wzornictwem i raczej szukały czegoś nowego poza Polską. Dopiero nowe pokolenia – Millenialsi i troszeczkę starsi, Pokolenie X, nie mają takich skojarzeń. Jeżeli ktoś z młodszego pokolenia widział Fotel 366 Chierowskiego  to był to dla niego fikuśny stary projekt w modnej estetyce. Nie kojarzył tego mebla z cechami, z którymi kojarzyliby go rodzice.

Potrzebna była zmiana pokoleniowa?

Tak, musiało przejść pokolenie, żeby te meble mogły wypłynąć. My mieliśmy o tyle łatwiej, że kolekcje Romana Modzelewskiego były jednak wyjątkowe. Zupełnie nie wyglądały na meble z PRL-u i w tym czasie kariery nie zrobiły. Były zbyt odważne, za bardzo progresywne, jeżeli chodzi o materiały, wzornictwo i technologie. Meble, które oferujemy powstały w czasach PRL-u, ale poza tym, nie mają z tą epoką wiele wspólnego. Przeciwnie, dlatego, że są jakie są, to nie zaistniały w PRL- u jako produkt. Nawet starsze pokolenia dobrze przyjmowały nasze propozycje, dlatego, że RM58 nie kojarzył im się z tym okresem. Estetyką odbiegały od typowego mebla z epoki.

Czy coś to Państwu ułatwiło?

Mogliśmy wcześniej niż inne marki zacząć działać w nurcie, w którym funkcjonujemy. Było nam łatwiej dotrzeć do starszego klienta. Szybciej ruszyliśmy. Adresowaliśmy nasze produkty również do młodszego pokolenia, ale młodsze pokolenie ma mniejsze możliwości finansowe. Mam też wrażenie, że starsze pokolenie patrząc na naszą ofertę i ewentualnie kupując nasze produktu poprawiało sobie humor – przekonywali się , że tamte czasy nie mogły być takie złe, skoro powstawały w nich tak fajne obiekty. Korzystaliśmy z tego i nadal korzystamy, bo, w porównaniu z innymi markami, udział sprzedaży na polskim rynku jest cały czas relatywnie wysoki.

Rozumiem, że mieli Państwo wsparcie Pani Wery Modzelewskiej w kwestii praw autorskich, ale stanęli też Państwo przed wyzwaniami technologicznymi. Jak sobie Państwo z nimi poradzili?

Poruszyła Pani dwie bardzo ważne kwestie związane z założeniami koncepcji naszej marki. Vzór jest firmą, która wprowadza do produkcji seryjnej historyczne projekty mebli z wykorzystaniem współczesnych, często nowoczesnych technologii i z poszanowaniem praw autorskich. Każdy z tych elementów jest kluczowy. Otrzymaliśmy od Pani Wery Modzelewskiej, spadkobierczyni po Romanie Modzelewskim, licencję na wszystkie projekty mebli autorstwa projektanta. Większość z nich wdrożyliśmy. Po pierwsze, mówimy o produkcji seryjnej. Zależało na tym, żeby tak dobrać technologie, żeby móc później oferować meble w dużych ilościach, w powtarzalnej jakości i również w jakkolwiek akceptowalnej cenie. Nie chcieliśmy być marką, która oferuje niskoseryjne, rzemieślnicze produkty. Uważaliśmy, że należy im się prawdziwe życie rynkowe i dotarcie do jak najszerszego grona pasjonatów designu. Dobór technologii zawsze był warunkowany przez to założenie. Meble można było wdrożyć na wiele sposobów, ale okazało się, że sensowny jest dobór takiej technologii, która pozwala na stosowanie w praktyce przemysłowej. Jednocześnie, robimy to z poszanowaniem praw autorskich. Jest to też kluczowe z perspektywy DNA marki i komunikacji.

Jakie jest to DNA?

Kim jesteśmy? Jesteśmy tymi, którzy oferują meble oryginalne. Oryginalne, czyli nie podróbki. Nie meble inspirowane. Na rynku jest wiele mebli, które wyglądają jak znane, rozpoznawane projekty historyczne, ale nie są one produkowane przez producentów, którzy nabyli licencję, którzy odprowadzają tantiemy. Jest podział na tych, którzy produkują oryginały i producentów podróbek, którzy sprzedają meble i mówią, że są one inspirowane oryginałami. Nam bardzo zależało na tym, żeby być w segmencie oryginałów. To jest bardzo ważne, choćby z punktu widzenia etyki biznesowej i pozycjonowania marki, ale też dotarcia do odpowiednich dystrybutorów i stworzenia odpowiedniej sieci sprzedaży. W każdym większym europejskim mieście jest piękny showroom z designem i są tam odpowiednie marki, jak np. Vitra. Zależało nam na tym, żeby być w tym towarzystwie. Gdybyśmy oferowali meble inspirowane, albo z nieuregulowanym statusem prawnym, to skończylibyśmy w towarzystwie sklepów z meblami inspirowanymi. Nie osiągnęlibyśmy prawdziwego celu, czyli kultywowania dorobku wzorniczego. Nie działalibyśmy etycznie i zaprzepaścilibyśmy potencjał tej idei. Jest jeszcze jedna ważna kwestia – działamy na projektach historycznych, czyli przynajmniej na razie, skupiamy się na wzorach, które zostały zaprojektowane jakiś czas temu. Chcemy się w czymś specjalizować. Poszliśmy tą drogą. W latach 50., 60., w PRL-u mieliśmy wielu kreatywnych, twórczych projektantów, których projekty były wyjątkowe, a nam zależy na tym, żeby tę wyjątkowość wydobyć. W normalnych warunkach te produkty byłyby już od 50-60 lat na rynku. U nas, z oczywistych względów, na rynek nie trafiły, nie stały się produktami, co jest smutne z perspektywy ogólnej percepcji polskiego dziedzictwa materialnego. Powinniśmy wiedzieć, że u nas też robiono fajne rzeczy i trzeba to tylko przywołać, przywrócić, naprawić pewne zaległości i w ten sposób budować poczucie wartości polskiego designu. Ten nurt historyczno-patriotyczny zawsze był u nas widoczny. Pomagał nam rozpropagować markę.

Porozmawiajmy jeszcze o technologii.

Dobór właściwej technologii do dosyć długi proces. Wdrożenie produktu w zorganizowanej, dużej firmie dysponującej zespołem  specjalistów i technologów zajmuje 2-3 lata. W naszym wypadku, było to odkrywanie wszystkiego od nowa. Nie mieliśmy tak dużego doświadczenia, struktur ani przesłanek jaka technologia byłaby optymalna. Dodatkowo każdy ze wdrażanych przez nas mebli wymagał zastosowania innej technologii. A więc z jednej strony, rotoformowanie, z drugiej strony, kompozyty, z trzeciej strony sklejka, a z czwartej pianki wylewane. Chodziło o to, żeby osiągnąć efekt końcowy, który nas satysfakcjonuje. Produkt musiał spełnić kilka kryteriów: po pierwsze, wyglądać co najmniej tak dobrze, jak oryginał, a nawet lepiej. Powinien być wygodny, ergonomiczny, trwały. Jednocześnie, powinien być wykonany w technologii, która gwarantuje powtarzalność i szybkość produkcji, która z kolei gwarantuje możliwości dostawy w terminach akceptowalnych przez rynek. Zależało nam na tym, żeby oferować produkty rynkowe. Chcieliśmy funkcjonować nie tylko na rynku indywidualnym, ale również kontraktowym, na którym akceptowalne są pewne terminy realizacji zamówienia, której nie sprosta produkcja rzemieślnicza. Poza tym, musimy być w stanie zaoferować cenę, która sprawi, że produkt będzie się wpisywał w budżety klienta indywidualnego, jak też biznesowego. Dobór technologii musiał być bardzo uważny i gwarantować osiągnięcie wszystkich tych parametrów. Zawsze wychodziliśmy z założenia, że to jest dobry wzór i historia są ważne ale dany mebel musi się przede wszystkim obronić i bez tych elementów. Tym bardziej, że waga tych dwóch pierwszych elementów, czyli historia i czy kontekst historyczno-patriotyczny są istotne tylko w Polsce, a zagranicą to jest symboliczny dodatek. Zagranicą klient w pierwszej kolejności zwróci uwagę na wzornictwo, jakość, ergonomię i parametry cenowe. Ciekawa historia jest jedynie dodatkiem. Istotnym ale tylko w sytuacji gdy ocena tych wcześniejszych kryteriów jest pozytywna. W Polsce bardziej mówiono: „o, jaka super historia tych mebli, a w dodatku, da się na nich usiąść”. To często wystarczało, żeby w Polsce znaleźć klienta. Od początku zależało nam na tym, żeby zaistnieć zagranicą i promować w ten sposób polskie wzornictwo, dlatego dobór technologii był tutaj kluczowy. Dlatego pomiędzy pierwszym naszym produktem a kolejnymi wzorami upłynęło 6 lat (…).

 

ROZMAWIAŁA: Diana Nachiło

Chcesz otrzymywać każde wydanie? KUP PRENUMERATĘ