fbpx
Branża

Tysiąc kubików drewna rocznie

Jan Lenart, założyciel i właściciel firmy Dig-Net Lenart.

Tysiąc kubików drewna rocznie

Rozmowa z Janem Lenartem, założycielem i właścicielem firmy Dig-Net Lenart.

Reklama
Meblarski-1000-banner-srodtekstowy-750x100-gif-miesiecznik-i-portal-informacyjny-branzy-meblarskiej-biznes-meble-pl

Rozmowa opublikowana została w książce „Wizjonerzy i biznesmeni” (t. 2), wydanej przez Wydawnictwo meble.pl w 2018 r. Poniżej czwarty rozdział tego wywiadu. Trzeci rozdział można przeczytać tutaj: Monter na austriackim dachu

Podsumujmy: mamy rok 1992, po prawie dziesięciu latach pracy rozstajesz się z Bazą Napraw Maszyn i Sprzętu Mechanicznego w Hanulinie i rozpoczynasz własną działalność – produkcję listewek do mebli.

Tak.

Firma nazywała się już wtedy Dig-Net?

Nie. Zakład Produkcyjno-Usługowy. Tak, po prostu.

I zarejestrowana była jako zakład rzemieślniczy?

Tak, zakład rzemieślniczy. Z tym też było trochę problemów, bo chciałem zdobyć zawód stolarza w normalny sposób. Dlatego musiałem ukryć moje wykształcenie, bym mógł zdobyć zawód stolarza i zostać mistrzem stolarskim. To wszystko trwało, bo najpierw trzeba było zdobyć papiery czeladnika, później zdać egzamin mistrzowski.

Zdałeś zatem egzamin mistrzowski i zostałeś mistrzem stolarstwa?

Tak, tak. Wprawdzie jak zaczynałem produkcję listewek, to nie było to wymagane, ale pomyślałem, że dobrze byłoby mieć papiery, bo gdybym chciał przyjąć uczniów, to mógłbym ich przyjąć dopiero gdy sam będę specjalistą.

Ale, po drugie, aby przyjąć uczniów musiałeś mieć także papiery pedagogiczne.

Oczywiście, to był podstawowy warunek. A więc po kolei: najpierw musiałem odbyć praktykę czeladnika, później zrobić mistrza, później zrobić BHP i zdobyć papiery pedagogiczne. To trwało cztery czy pięć lat. No, ale po tych pięciu latach mogłem już normalnie wykonywać zawód stolarza i przyjąć do swego zakładów uczniów.

I rzeczywiście miałeś uczniów?

Tak. To były jeszcze czasy, gdy młodzi ludzie chcieli kształcić się w zawodzie stolarza. Co prawda nie było ich zbyt wielu, bo jednak woleli większe zakłady, ale zawsze paru uczniów miałem. Może nie co roku, tylko co któryś rok, ale dzięki temu miałem później pracowników, bo ci uczniowie potem zostawali u mnie jako pracownicy.

Czy któryś z tych uczniów pracuje może do dzisiaj?

Tak, mam kilka takich osób, które do dzisiaj u mnie pracują. Kilku moich uczniów otworzyło swoje zakłady. To też jest dla mnie swego rodzaju nobilitacją, że jednak czegoś się u mnie nauczyli.

Pracownicy podczas szlifowania listewek w pierwszym warsztacie przerobionym z budynku gospodarczego, Mroczeń 1993 r.
Pracownicy podczas szlifowania listewek w pierwszym warsztacie przerobionym z budynku gospodarczego, Mroczeń 1993 r.

Wróćmy jednak do początków Twojej działalności. Produkując w roku 1992 listewki – bo od tego rozpocząłeś swoją działalność – byłeś właściwie podwykonawcą.

Tak.

I jak wtedy, jako ten podwykonawca, funkcjonowałeś?

Najważniejszy był materiał. By produkować listewki czy coś tego typu, trzeba było zgromadzić jak najwięcej materiału. Bo wiadomo: pieniądze dzisiaj są, jutro tracą na wartości, trzeba było sobie radzić z inflacją. Dlatego wszystkie pieniądze, które miałem przeznaczałem na zakup drewna, nie tylko w najbliższej okolicy, ale i dalej: Wielkopolska, Dolny Śląsk, Opolskie, czasami Śląskie. Objeżdżałem wszystkie tartaki, by zakupić drewno. Gromadziłem je, ustawiałem na sztaplach i sezonowałem, bo drewno na te listewki musiało być dobrze wysezonowane.

Twój odbiorca dobrze płacił?

Tak, klient był dobrym płatnikiem, płacił na bieżąco, dzięki temu mogłem na bieżąco finansować zakupy materiałów. I gromadziłem określone materiały – głównie buk, bo przerabiałem go wtedy bardzo dużo: z pięćset kubików z Lasów Państwowych i drugie tyle z tartaków.

Czyli razem tysiąc kubików. W skali rocznej?

Tak, w skali roku. Przy czym w tartakach kupowałem deski, a deska jest masowo większa od okrąglaka. To była już bardzo znacząca ilość tego materiału, tym bardziej, że okoliczne lasy nie są specjalnie zasobne w buka.

Znaczna ilość, która – biorąc pod uwagę, że sezonowałeś to drewno – wymagała chyba dość sporej powierzchni. Mieszkałeś wtedy z rodzicami, czy już usamodzielniłeś się?

Mieliśmy piętrowy dom jednorodzinny i my z żoną i z dzieckiem mieszkaliśmy na piętrze, a rodzice mieszkali na parterze. Obok tego domu wybudowałem budynek gospodarczy: piętnaście na osiem metrów, czyli około stu dwudziestu metrów kwadratowych. W tamtych pomieszczeniach odbywała się produkcja, było jakieś zaplecze socjalne. A drewno składowaliśmy na podwórku.

Wystarczyło tego podwórka?

Do pewnego momentu – tak, później zaczęło robić się ciasno. Odkupiłem od bratowej kawałek działki, by można było poszerzyć plac. To była ziemia rodziców, brat przejął gospodarstwo i ta ziemia przypadła jemu. Niestety, brat zmarł dość wcześnie, bratowa musiała sobie sama radzić z trójką małych dzieci. Ja odkupywałem po kawałku to gospodarstwo i dzięki temu mogłem postawić pierwszą halę.

Rachunek nr 2/92 za 500 listewek, 1992 r.
Rachunek nr 2/92 za 500 listewek, 1992 r.

Czyli dzieciństwo syna, Kamila, upływało między stosami sezonującego surowca?

Tak, dokładnie – między tymi stosami desek, między trocinami. Biegał, bawił się. Był bardzo impulsywnym dzieckiem, zdobywał cały świat wokół, trzeba było bardzo na niego uważać, ale ze względu na to, że my zajęci byliśmy pracą, on musiał sobie radzić sam. I radził sobie doskonale.

Powiedziałeś, że byliście zajęci pracą. Rozumiem, że masz na myśli siebie i żonę, czy może już też zatrudniałeś jakichś pracowników?

Początkowo rzeczywiście pracowaliśmy wspólnie z żoną, bo z pracownikami było bardzo krucho. Do takiej maleńkiej firemki jak moja nikt specjalnie nie chciał iść. Miałem kilku pracowników – najczęściej sezonowych, bo musiałem się i takimi posiłkować, nie było innego wyjścia. To była naprawdę ciężka praca, ciężkie drewno, trzeba było się go naprzerzucać, przerobić na listwy, potem wyszlifować, przymierzyć, policzyć. Po pewnym czasie udało mi się zatrudnić paru pracowników na stałe. I tak niektórzy do dzisiaj jeszcze pracują u mnie.

ROZMAWIAŁ: Marek Hryniewicki

Ciąg dalszy wywiadu z Janem Lenartem w rozdziale: „Maluchem” po drewno